Mawiają, że nie można rozpraszać się ponad miarę. Sztuka uważnego podróżowania to wyłapywanie drobiazgów. Okruchów emocji. Przebłysków światła i zapachów dobiegających z mijanych zaułków. Niekiedy przyprawą jest brud i niewygoda. Częściej, pogoda. Ta sama, która zaprasza do zwiedzania, kusząc słońcem i wesołymi cumulusami. Lub gra z nami w szkockiego wista kartami znaczonymi deszczem i wiatrem przeszywającym do samej skóry. Ale czy to w ogóle przeszkadza? Czy to ma jakieś znaczenie?

Podróżując przez Szkocję pociągiem trudno skupić się na szczegółach. Zegar tyka w rytm mijanych stacji, zmysły odbierają mocne sygnały, droga jest celem samym w sobie.


Próbowałem. Serio, próbowałem. Kończy się trzecia godzina od momentu, gdy ruszyłem z mglistego Glasgow w kierunku Mallaig, a ja odpowiadam na wyzwanie zwalistego dżentelmena, który dosiadł się w Crianlarich. Czuję się niczym w kolei transsyberyjskiej a nie w ScotRail: zanim konduktor zapowiedział dojazd do Rannoch, Mike wyciągnął rybę zawiniętą w gazetę oraz ciemnozieloną butelkę, zwiastującą chęć zaprzyjaźnienia się. Grzecznie odmawiam, trafiam na mur niezrozumienia, który rozbijam pytaniem o zawartość. No i się zaczęło.

Literki, sylaby, niezdarne szukanie rytmu słów. Język gaelicki szkocki potrafi być wyzwaniem nawet dla tych, którzy z pobłażliwym uśmiechem wspominają potyczki z węgierskimi napisami lub estońskimi tabliczkami drogowymi. A na pękatej butelce, opatrzonej własnoręcznie wykonaną etykietą, już sama nazwa trunku powoduje zawijas na języku. – Taigh-staile Bun na h-Abhainne, ale może prościej będzie powiedzieć Bunnahabhain – śmieje się Mike, recytując niczym inwokację kolejne nazwy szkockich destylarni z wyspy Islay. Bruichladdich, Laphroaig, Caol Ila. Melodyjne połamańce, zwiastujące przygodę i pachnące morską bryzą – o czym przekonam się kilkanaście dni później.

Szkocka kolej (c) panpodroznik.com

Podróż pociągiem po szkockich rubieżach, zwłaszcza słynną „żelazną drogą na wyspy” (bo tak w języku gaelickim brzmi tłumaczenie tego, co Anglicy nazywają po prostu West Highland Line) to wyzwanie. I nie o zakup biletów na ikoniczną trasę kolejową tu chodzi. To nie jest kosztowne i trudne do wykonania zadanie. Wyzwaniem jest takie ułożenie marszruty, aby w pełni docenić piękno szkockich krajobrazów.

Wersja najprostsza: podróż z Fort Williams do Mallaig, która jest niczym wprost wyjęta z filmów o Harry Potterze – to właśnie tutaj zostały nakręcone niektóre ze scen. Jedziesz więc, drogi czytelniku, oddając się obserwacji nieinterwencyjnej. Parowóz, owce na pastwiskach za oknem, mewy zwiastujące morski klimat pod koniec trasy. Emocje podkręcone surowym krajobrazem, przetykanym tunelami i wiaduktami niczym ciasto rodzynkami.

Wersja dłuższa: kilkugodzinna trasa Glasgow-Mallaig, podczas której szkockie pejzaże zapadają w pamięć skuteczniej niż skomplikowane nazwy mijanych miejscowości. To przyjemność w wersji rozbudowanej – ale dla osób, które chcą poczuć Szkocję w jej wielowymiarowości, mam coś w zanadrzu. Nic nie stoi na przeszkodzie, aby połączyć epopeję kolejową z aktywnością typowo outdoorową. I zamiast odbyć podróż na całej trasie w ramach jednego biletu, tkać ją z odcinków przedzielonych wędrówką i trekkingami na „Munros”, czyli 282 szczytów o wysokości przekraczającej 3000 stóp (914,4 m n.p.m.).

I taki właśnie cel obrałem podczas tej eskapady na północ. Ciesząc się z tanich biletów kolejowych, poczucia swobody i braku tłumu na szlakach w jednym z najpiękniejszych zakątków Europy.

Szkockie pejzaże kolejowe (c) panpodroznik.com

Wyrównuję oddech, łapiąc równowagę. Càrn Mòr Dearg Arête nie wybacza błędów: to zupełnie inna droga wejścia na najwyższy szczyt Szkocji i całej Wielkiej Brytanii niż klasyczny szlak z Glen Nevis.

To równocześnie pokłosie nadmiaru wyboru, przed którym stanąłem. Wysiadając z pociągu w Fort Williams zaplanowałem cztery dni przerwy, zanim ruszę dalej pociągiem po West Highland. Czas ten spożytkowałem na trekking, którego celem był wspomniany Ben Nevis (1344 m n.p.m.) oraz na… wypatrywaniu dobrej pogody, aby powtórzyć wejście, tym razem słynnym szlakiem łączącym dwa Munrosy.

– Jeszcze trzysta metrów, uważaj na nawisy śnieżne – słyszę z oddali. Ben Nevis, mimo niebudzącej respektu wysokości, corocznie staje się miejscem wiecznego odpoczynku dla nierozważnych turystów, którzy zlekceważą warunki atmosferyczne lub przecenią swoje umiejętności. Jednocześnie jest to jeden z najpopularniejszych szczytów w Szkocji, który wchodzi w skład Korony Gór Europy. Warto pamiętać, że nie jest to wycieczka po Beskidzie Niskim, gdzie największym niebezpieczeństwem jest co najwyżej Ściana Płaczu lub błoto na podejściu z Mochnaczki Niżnej na Lackową.

Miałem szczęście. Na szczycie oprócz mnie jest tylko kilka osób. Panorama urywa głowę, na równi z dojmującym wiatrem. Siadam pod kamiennym murkiem, sprawdzam wskazania GPS i karmię się tym momentem, wdrukowując sobie w głowę pejzaż szkockich Highlands.

Autor podczas wejścia na Ben Nevis (c) panpodroznik.com

Pociąg w Szkocji to coś więcej niż środek transportu. To gwarancja interakcji ze współpasażerami, którzy wybrali taką formę podróżowania zamiast wynajętego samochodu. To również obserwacja mieszkańców północnych rubieży Wielkiej Brytanii, zahartowanych i prostolinijnych, wykorzystujących ScotRail do punktowego przemieszczania się pomiędzy małymi miejscowościami.

– Mieszkam w Ardlui, przy samym jeziorze Loch Lomond. Zimą tutaj naprawdę niewiele się dzieje. Musisz przywyknąć do monotonii i do siebie samego. Jeżeli nie lubisz swojego towarzystwa, długo tu nie wytrzymasz – opowiada mi Mary, częstując mnie kanapką w kolejowym przedziale. – Jadę do Locheilside, odwiedzić córkę. Zadzwoniła do mnie, ponieważ ktoś przejechał jej psa na drodze przy Loch Eil. I została sama w domu – dodaje.

Słucham uważnie, notując i wypytując o codzienność życia na północy Szkocji. Z głosu mojej współpasażerki przebija się coś nieuchwytnego, co próbuję zdefiniować. Zrozumiałem to, gdy wysiadła z pociągu i znikła we mgle otaczającej jezioro Loch Eil niczym mleczna zasłona. To była pochwała prostoty, pogodzenie się z rytmem życia wyznaczanym przez pory roku i stałe punkty dnia.

Zastanawiam się: jakże inaczej wyglądałaby ta podróż, gdybym zamiast pociągiem, po szynach, przemierzał tę trasę autem, na czterech kołach?

Szkocki interior (c) panpodroznik.com

Przerwa od outdoorowej aktywności? Szkockie wojaże kolejowe zawiodły mnie do granitowego miasta. Aberdeen to portowa perła północy. Dumne ze swojej historii, przemysłu i głosu Annie Lennox. Moje kroki kieruję do The Archibald Simpson, szukając klimatu, dobrego piwa i klasycznego fish & chips. I znajduję to, czego oczekiwałem, a tłuszcz ścieka po mojej brodzie, tworząc mozaikę plam na koszulce i na papierowym menu.

Tutaj nikomu się nie spieszy. Pogoda za oknem pubu, ulokowanego w budynku dawnego banku upewnia w przeświadczeniu, że czas to pojęcie względne. Tu i teraz wszechświat zamknął się w prostych przyjemnościach.

To, co na zewnątrz, może poczekać.

Aberdeen (c) panpodroznik.com

Kilka godzin – i kilka szybkich opadów deszczu – później docieram do Stonehaven. To zaledwie 20 minut drogi od Aberdeen, którą możemy pokonać pociągiem, inwestując w bilet zaledwie 5 funtów. Jednocześnie to wyraźny dowód na poparcie tezy, że kolej może być doskonałą alternatywą do innych środków transportu w Wielkiej Brytanii.

Spacer po miasteczku to tylko preludium do pieszej wycieczki, której celem jest zamek Dunnottar. I wszystko, z czym można sobie wyobrazić Szkocję, staje nagle w całej okazałości przed moimi oczami: strome klify, ruiny średniowiecznego zamku, dramatycznie piękna okolica. Ikoniczny pejzaż, wzmocniony zapachem morskiej bryzy wpychającej fale do Old Hall Bay.

Promienie słońca wygrały bitwę z chmurami i deszczem, wykorzystuję zatem okazję na utrwalenie okolicy na zdjęciach. Sacrum miesza się z profanum: zadowolenie z dotarcia w piękne miejsce współgra z myślami uciekającymi do grzesznej przyjemności, czekającej na jednej z uliczek Stonehaven. Czymże jest podróżowanie bez doświadczeń kulinarnych – ukoronowaniem wycieczki jest wilgotny biszkopt z daktylami, polewą toffi i kremem waniliowym.

Zaiste, Szkocja to nie tylko whisky, haggis czy ciasteczka maślane, ale i sticky toffee pudding. Słodki smak pozostaje na podniebieniu długo po powrocie do Aberdeen.

Zamek Dunnottar (c) panpodroznik.com

– Moja mama zawsze powtarzała: thig crìoch air an t-saoghal, ach mairidh gaol is ceòl beò (świat się skończy, ale miłość i muzyka przetrwają – przyp.aut.) – uśmiecha się mój szkocki znajomy, którego odwiedziłem w Glasgow. Nie wiem, czy do tej listy nie dorzuciłbym a’ siubhal (podróżowania). Coś jest na rzeczy, ponieważ jeszcze nie wróciłem do Polski, a już zaglądam na stronę Jacobite Steam Train, planując kolejną podróż koleją po Szkocji.

Do Glasgow dolecicie bezpośrednio z Krakowa czy Wrocławia, dzięki niskokosztowym przewoźnikom, takim jak Ryanair. A potem? Wsiądźcie w pociąg i… ruszajcie ku przygodzie.

Pan Podróżnik nad Loch Linnhe (c) panpodroznik.com

  • szkockie Munro: lista wszystkich szczytów → TUTAJ
  • Ben Nevis via Càrn Mòr Dearg Arête: jak wejść → TUTAJ

Felieton „Granitowe miasto, whisky i historia. Szkockie impresje pociągowe?ukazał się również w 29. Outdoor Magazyn.

Comments are closed.

Exit mobile version