Dożyliśmy dziwnych czasów. Góry, te duże, mniejsze i całkiem malutkie, w obrębie naszego polskiego grajdołu stały się areną nieomal walk plemiennych. Po jednej stronie: turyści, którzy chcą deptać górskie szlaki, cieszyć się przyrodą i samą obecnością w pięknych miejscach. Po drugiej: wyczynowcy i pasjonaci cyferek, rekordów, statystyk, skupieni na konkretnym zadaniu, dla których skrót FKT stanowi najważniejszy imperatyw decydujący o zainteresowaniu się danym pasmem i szczytem. Nagroda? Dyplom, książeczka, coś policzalnego.
Zdobywanie szczytów górskich przestało być elitarne. Stało się egalitarne. A wraz z rosnącą popularnością, równie szybko rośnie presja na zrobienie czegoś inaczej niż poprzednicy. Nawiązujące do tradycji antycznej olimpijskie hasło Citius-Altius-Fortius (szybciej, wyżej, mocniej – przyp. aut.) powoduje przesunięcie środka ciężkości. Górska pasja zmienia się niekiedy w wyścig przy wsparciu technologicznego dopingu, ekologia musi ustąpić presji zakładanego rekordu. Czy naprawdę na tym powinno polegać cieszenie się górskim krajobrazem?
Trudno pisać o czymś, czego było się częścią, choćby w drobnym elemencie. Czy ekspiacja, której celem jest przywrócenie radości z deptania górskich ścieżek, ma sens? Być może tak, wszak nie myli się tylko ten, kto nic nie robi.
Ja? Cóż, byłem z tych, którzy „planowali coś robić”. Chciałem być solidnie naostrzoną kredką w piórniku znajomych, którzy turystycznie przemierzali nasze polskie góry: Karkonosze, Beskidy, Tatry, Bieszczady. I wymyśliłem coś, w 2001 roku, mając nieco ponad 20 lat. Gdy będziecie czytać te słowa, minie kilka tygodni od kolejnej rocznicy fajnej historii, do której lubię wracać. A raczej lubiłem.
O czym mowa? Jako pierwszy Polak zdobyłem samotnie Koronę Gór Polski w trakcie jednej wyprawy, bez jakiegokolwiek supportu z zewnątrz. 21 dni, 28 szczytów, a dodatkowo do celów wyjazdu dołożyłem punkty Polski położone najdalej na północ, południe, wschód i zachód oraz najniższy i najwyższy punkt kraju. Co to oznaczało? Że miałem postawić stopę na najwyższym szczycie każdego pasma górskiego w Polsce: od Ślęży po Rysy, od Skopca po Tarnicę, od Lubomira po Śnieżnik.
Podczas tej rekordowej wycieczki – nie chcę nazywać tego wyprawą – korzystałem wyłącznie z własnych nóg oraz komunikacji publicznej. Dość szybko strzeliło mi kolano, od 7 dnia „leciałem” przez polskie góry na zastrzykach, przeżywałem informacje o ataku na World Trade Center, zostałem zatrzymany przez ukraińskich pograniczników, czułem się jak Phileas Fogg – różnica między nami była taka, że on miał 80 dni na okrążenie świata, a ja miałem 21 dni na swoisty TourDePologne. Podczas tych trzech tygodni spanie było czynnością wybitnie deficytową…
Magiczny, 2001 rok. Wyrobiłem się w 20 dni, 23 godziny i 43 minuty. Nie potrafię opisać momentu, w którym stałem nieopodal koryta Odry k. Cedyni, widząc na moim zegarku, że dotarłem tutaj 17 minut przed upływem założonego czasu.
I wiecie co?
Popełniłem błąd.
Błąd pośpiechu.
Błąd, który naprawiałem w kolejnych latach, rozumiejąc poniewczasie, że takie gnanie po FKT (fastest known time – najszybszy czas, rekord prędkości w ramach danej trasy lub wyzwania) lub po bycie „pierwszym” jest niekiedy pozbawiony większego sensu.
Nie zrozumcie mnie źle. Idea Korony Gór Polski – w odróżnieniu od praktycznie nieosiągalnych dla typowych turystów lub miłośników gór wyzwań, w rodzaju Korony Ziemi lub Korony Himalajów i Karakorum – jest w teorii super pomysłem. To unikalny sposób na to, aby poznać piękno naszego kraju poprzez eksplorację mniej znanych masywów górskich. Aby wyjść z zaklętego kręgu tatrzańsko-bieszczadzkiego. Aby wybrać się w dzikie góry Bialskie i Złote, odwiedzić gorczańskie hale, „zdobyć” Lackową, Skalnik, Orlicę.
To piękna możliwość nauczenia się topografii, geografii, dająca moc do tego, aby okrzepnąć i nabrać chęci do czegoś więcej: może kurs turystyki zimowej lub wyjazd w Alpy?
Od mojej wycieczki minęło blisko ćwierć wieku. O Koronie Gór Polski można usłyszeć dosłownie wszędzie. Wylewa się z forów miłośników górskich wypraw, przewija się w prasie turystycznej, nie daje o sobie zapomnieć w schroniskach górskich. Skala trudności nie przeraża, deniwelacja nie powoduje niepokoju, poszczególne szczyty (zwłaszcza te, które mierzą mniej niż 1000 m n.p.m., stanowiąc równą połowę z 28 celów) są bardzo łatwo dostępne.
Niestety, ta zaleta stała się to, stało się jednocześnie przekleństwem. Celem, który został skażony owczym pędem do konsumpcyjnego podejścia w zakresie czegoś, co nieżyjący już Stefan Cieślar określał jako „pasję gór”.
I coś, co było piękną, oddolną inicjatywą, jednoczącą znajomych, rodziny, stanowiącą cel zabawy w chodzenie po górach podczas krótkich urlopów, zmieniło się w „zbieractwo”. W bieganie po górach w pogoni za pieczątką w specjalnej książeczce. W szaleństwo zaliczania.
Niekiedy rozłożone jest to w czasie, na kilka-kilkanaście świetnych wycieczek, pozwalających na podziwianie górskich pejzaży w różnych porach roku. Gorzej, jeżeli do gry wchodzą ambicje, wsparte technologią i logistyką.
Jak to wygląda w praktyce, zapytacie? Otóż do Korony Gór Polski przymierzają się osoby, które drobiazgowo planują każde wejście i zejście, korelując to ze wspomagających ich zespołem. Samochód z ludzkim wsparciem (kierowca), wcześniej przygotowane jedzenie, modlitwa o to, aby na drodze z jednego pasma górskiego do innego nie było korków na drodze szybkiego ruchu.
I nie, nie żartuję. Wbiegnięcie na szczyt, szybka fotka, sprawdzenie czy w zegarku zapisał się ślad GPS, zejście ze szczytu, ekspresowy bieg do samochodu – i odpoczynek, w trakcie którego delikwent tylko odpoczywa, regeneruje się, śpi… a jego team suport zajmuje się w tym czasie kwestią logistyki transportowej.
Aktualnie do klubu zdobywców Korony Gór Polski należy, bagatela, blisko 10 000 osób. A rekord „przebiegnięcia” KGP (z wsparciem, bez przemieszczania się pieszo między szczytami) to 61 godzin 36 minut i 44 sekund – dokonał tego w 2021 r. Miłosz Szcześniewski z grupy Salco Garmin Team. To już nie jest wyścig, kto szybciej wejdzie i zejdzie z tych 28 szczytów: to jest wyścig samochodowy i logistyczny, w którym wszystko inne, w tym ekologia, schodzi na dalszy plan.
Można? Można! Warto? Samodzielnie spróbujcie odpowiedzieć sobie na tak zadane pytanie.
Wyszarpanie Korony Gór Polski w takiej formie przypomina nieco wizytę w restauracji uhonorowanej gwiazdką Michelin… i wyjście z niej po 30 minutach od rozpoczęcia posiłku, tuż po ostatnim kęsie, który w pośpiechu przełykamy, nakładając płaszcz przy drzwiach. Zamiast smakować góry, poznawać piękne okolice, uroki województwa dolnośląskiego, opolskiego, małopolskiego czy podkarpackiego (Zamki! Przyroda! Muzea! Przygoda!) – wyznacznikiem naszej przyjemności oraz wyrzutu endorfin, pozwalających na odczuwanie wyższego poziomu zadowolenia, jest czas wejścia / zejścia.
A przecież można inaczej. Korona Gór Polski może być drogą do osiągnięcia celu, definiowanego jako powiększanie swojego dobrostanu, zasobu wiedzy o pasmach górskich, o przyrodzie, o promieniach słońca układających się na szczycie podczas niespiesznej kontemplacji krajobrazu – a nie celem samym w sobie, podkreślonym miejscem na liście zdobywców.
Patrząc nieco szerzej, czy takie gonienie za FKT nie jest przejawem tego samego pędu i genu rywalizacji, który przejawia się nawet w najmniej oczekiwanych okolicznościach? Czy nie lepiej nieco zwolnić? Lub wymyślić jakiś ciekawy motyw przewodni, niesztampowy i niekoniecznie najszybszy? Ot, na przykład zrealizować pomysł, aby do Korony podejść na modłę zrównoważonej turystyki, ekologicznie: w pobliże każdego pasma górskiego dostać się na pokładzie pociągu (jeżeli jest to możliwe) lub na rowerze, łącząc to z innymi przyjemnościami związanymi z uprawiania turystyki.
Dobrych kilka lat zajęło mi zrozumienie, że ta „moja KGP” z 2001 roku, która również była definiowana w ramach czasu, wyzwania, rekordu – nie dostarczyła mi tego, co powinna: radości z przebywania w górach, zwłaszcza w tych mniej zadeptanych pasmach, których wbrew pozorom w naszej ojczyźnie nie brakuje.
Naprawiłem ten błąd. I ponownie odwiedziłem każdy ze szczytów, wchodzących w skład Korony Gór Polski. Tym razem bez pośpiechu, bez spoglądania na zegarek, bez karmienia ducha rywalizacji z innymi (i samym sobą). Z nastawieniem na odczuwanie, na uważność, na czerpanie przyjemności z bycia tu i teraz na łonie przyrody.
To była jeszcze większa przyjemność, niż za pierwszym razem.
- Korona Gór Polski: lista 28 szczytów + jak ją zdobyć → TUTAJ
- oficjalny klub Korony Gór Polski → TUTAJ
Felieton „FKT, czyli w pogoni za rekordami. Czy warto?” ukazał się również w 32. Outdoor Magazyn

Comments are closed.