Pierwsze skojarzenie, gdy nasze myśli skierujemy na Kaukaz, wędrując do Gruzji i jej stolicy? „Istny raj dla backpackerów, tanio i fajnie”. Tymczasem Tbilisi to nie tylko miasto tętniące gwarem bazarów, rozmowami turystów w common-area budżetowych hosteli i uśmiechami tych, których celem jest zwiedzanie świata możliwie najniższym kosztem. Ktoś, kto pamięta stolicę Gruzji z czasów słusznie minionych, może się mocno zdziwić.
Na przestrzeni ostatnich lat odwiedziłem Gruzję wielokrotnie. Zjeździłem cały kraj: od wschodnich rubieży po zachód i plaże Batumi. Od rozpalonego słońcem południa po kaukaskie szczyty na północy. Spałem w wieloosobowych pokojach, w niedrogich apartamentach, w hotelach bez kategorii oraz tych, które mogły pochwalić się jedną, dwiema, trzema gwiadkami. Tym razem pojechałem do Tbilisi, aby przekonać się, czy prawdziwą jest teza o nowej definicji luksusowego hospitality, jakiego można doświadczyć w 5-gwiazdkowym hotelu w samym centrum gruzińskiej stolicy.
Relacja Pana Podróżnika.
INSPIRACJA
– Lubię ten zapach. Wychodzę z mojego kuchennego królestwa, staję przed frontem hotelu i zaciągam się powietrzem. Tbilisi pachnie przyprawami, ziołami, kawą, świeżym chlebem, murami i drewnem. Wystarczy przejść się po Starym Mieście, zajrzeć do Abanotubani. Człowiek inaczej funkcjonuje – mruży oczy Enzo Neri. Stoimy w lobby Swissôtel Tbilisi, rozmawiamy o konceptach kulinarnych, które mogą połączyć śródziemnomorskie smaki z lokalnym twistem, a całe miasto defiluje przed nami, zaglądając w panoramiczne szyby hotelu.
Enzo to typowy Włoch-gaduła. O jedzeniu może opowiadać godzinami. Zważywszy na fakt, iż jego doświadczenie jako restauratora, autora książek kulinarnych i kreatora projektów gastronomicznych pokrywa się z jego pasją – zamieniam się w jeden wielki pytajnik, wykorzystując okazję do usłyszenia odpowiedzi na sporo „żywieniowych” kwestii.
Enzo pasuje do tego miejsca perfekcyjnie. W końcu kto lepiej przekona gości, odwiedzających Gruzję, Tbilisi i 5-gwiazdkowy hotel, że pewne rzeczy wymagają czasu, cierpliwości, kunsztu i nieco większego zasobu finansowego niż stołowanie się w lokalnej jadłodajni?
Miasto pełne kontrastów
Tbilisi wymyka się standardowej ocenie, wychodzi z ram „postsowieckiego sznytu”, który możemy dostrzec w innych stolicach byłych republik Związku Radzieckiego: w Kazachstanie, Kirgistanie czy Armenii.
Wiecie, są takie miasta, do których przyjeżdżamy z przygotowaną w głowie listą miejsc, które trzeba zobaczyć. Tutaj w teorii jest prosto: Stare Miasto, twierdza Narikala, katedra, punkt widokowy przy pomniku Matki Gruzji, obowiązkowe zdjęcie gdzieś na „moście-podpasce”, łapanie dobrego kadru pod krzywą wieżą z zegarem, którą pamiętam z nie-tak-odległych-i-zamierzchłych czasów, gdy dopiero powstawała (w 2010 r.). A potem okazuje się, że po kilku godzinach tego typu lista przestaje mieć znaczenie.
Bo Tbilisi nie jest miastem do odhaczania. Tbilisi trzeba poczuć, tak jak mówi Enzo. Najlepiej późnym popołudniem, kiedy słońce zaczyna mięknąć, kamienne i drewniane fasady budynków robią się złote, a z restauracji i małych wine barów (w końcu jesteśmy w krainie wina!) zaczynają dobiegać zapachy kolendry, pieczonego mięsa, bakłażana.
Siadasz, bracie, gdzieś w okolicy Placu Wolności (თავისუფლების მოედანი), sączysz aromatyczne Tsinandali i widzisz, czym jest współczesna stolica Gruzji: miejscem, w którym historia nie zamierza ustąpić miejsca nowoczesności, ale coraz częściej próbuje się z nią zaprzyjaźnić.
Oczywiście, nie będzie łatwo. Tbilisi od zawsze było miastem pogranicza. Nudy w ostatnich stuleciach nie stwierdzono. Miasto pamięta czasy perskie, rosyjskie, europejskie, kaukaskie, trochę bliskowschodnie. Wszystko wymieszane w jednym garnku, niczym bigos u mojej babci niedaleko niemieckiej granicy: czasem harmonijnie, czasem dość wybuchowo.
Dzisiaj do tej mieszanki dochodzi jeszcze jeden składnik, którym jest globalna turystyka. I nie można zaklinać rzeczywistości, ponieważ Gruzja się zmienia, również pod kątem turystyki. Wystarczy przejść się aleją Rustawelego, aby zobaczyć imponujące secesyjne kamienice – a tuż obok budynki z odpadającym tynkiem, sowieckie modernistyczne konstrukcje, średniowieczne kościoły i całkiem nowe realizacje hotelowe czy gastronomiczne. Tbilisi nie udaje, że jego historia była prosta. Wręcz przeciwnie, pokazuje ją bez retuszu. I właśnie dlatego jest tak fotogeniczne.
Jako podróżnik i osoba, która była tutaj więcej niż dziesięć razy, widzę coś więcej. Za tym chaosem kryją się bardzo konkretne liczby. W 2024 roku w Tbilisi funkcjonowało blisko 600 hoteli. Ale na początku tego samego, 2024 roku, w spisie odnaleźlibyśmy 544 obiekty. W ciągu roku baza hotelowa wyraźnie więc urosła.
Spoglądam nieco szerzej: skala zmian jest imponująca (rozmachem). Tbilisi, obok Adżarii, pozostaje jednym z najważniejszych magnesów dla inwestorów hotelowych. Widać to w statystykach: w 2025 roku Gruzja zanotowała blisko 7 mln międzynarodowych wizyt, w tym 5,5 mln w formie definiowanej jako pobyt, podczas którego gość spędził w kraju przynajmniej jedną noc. Wzrost takich wizyt turystycznych to 8,4 proc. … a Tbilisi doskonale korzysta z tej fali.
W pierwszych dziewięciu miesiącach 2025 roku obłożenie hoteli należących do międzynarodowych sieci wyniosło w stolicy około 60 proc., wobec 55 proc. rok wcześniej. A w samym czerwcu 2025 roku sięgnęło 70,6 proc.
…słyszę z ust osób zajmujących się rozwojem turystyki w Gruzji. To nie są już statystyki miasta, które dopiero odkrywa turystykę. To liczby pokazujące obszar miejski, który zaczyna świadomie budować swoją pozycję.
Swissôtel Tbilisi. Porozmawiajmy o luksusie
– Najważniejszy jest gość. Wiem, to oczywistość, która pada w rozmowach z osobami działającymi w branży turystycznej i hotelowej nader często. Ale to prawda. To, co mamy do zaoferowania, nie jest dla nas, personelu, kierownictwa i właścicieli. To wszystko dla gości – mówi mi Ergodan Sahin, dyrektor Swissôtel Tbilisi. A jednocześnie uśmiecha się do pary klientów, którzy po wymeldowaniu skierowali swoje kroki przed nietuzinkowe lustro w głębi lobby, chcąc na koniec pobytu zrealizować szybką sesję fotograficzną.
Hotel, otwarty w 2024 roku, jest jednym z symboli tego, jak zmienia się stolica Gruzji. To ósmy hotel grupy Accor w Gruzji i jednocześnie pierwszy Swissôtel w tym kraju oraz na całym Kaukazie Południowym. Korzystam z okazji do osobistych badań porównawczych, ponieważ miałem już przyjemność nocować w obiektach hotelowych tej sieci, rozsianych w kilkunastu krajach na całym świecie.
Wczorajsza noc była dość głośna, cała Gruzja świętowała Dzień Niepodległości. Cóż, to uroki lokalizacji hotelu, w ścisłym centrum, przysłowiowy rzut beretem od budynku parlamentu, od placu Wolności i najważniejszych atrakcji stolicy. Wykorzystałem okazję na poranny spacer, który pozwolił tuż po wyjściu z hotelu na fotografowanie zabytkowych budynków i budzącego się do życia miasta.
Od momentu przyjazdu uważnie rozglądam się po wnętrzu tbiliskiego Swissôtelu. Tutaj nikt nie próbował kopiować „stylu Gruzji”. Nie widzę folklorystycznych dekoracji lub kaukaskich pozostałości. Jest elegancko i luksusowo: współczesny design, naturalne materiały, zieleń.
Nie odmawiam sobie oczywiście zdjęcia przy wspomnianym wyżej lustrze. I rozumiem, dlaczego ktoś, kto szuka odtrutki od jednostajności tradycyjnych gruzińskich wzorów, wybierze elegancką interpretację idei miejskiego azylu.
Lubię taki pomysł na wnętrza hotelowe. Nie do końca dobrze czuję się w miejscach, które definiują luksus jako złoto, marmur i przesadę. Moim zdaniem, dzisiaj luksusem jest przestrzeń. Cisza. Uważna obsługa, która nie narzuca się, a jednocześnie jest cały czas na miejscu.
Dodam do tego dobry sen, świetną kawa rano, spa pozwalające na relaks po całym dniu chodzenia po mieście – i jestem kupiony. Wydaje mi się, że moi towarzysze podróży i pobytu również mają takie same odczucia.
Proszę o mały tour po hotelu i jego zakamarkach. I dostaję, co chciałem: zaglądam do klasycznych pokoi, do apartamentów. Jestem zaintrygowany pomysłem Vitality, gdzie przestrzeń pokoju i sprytne rozwiązania pozwalają na większą regenerację tudzież dobre samopoczucie.
Erdogan Sahin prowadzi mnie do chluby całego hotelu, czyli Presidential Suite. Metraż większy niż moje mieszkanie w Warszawie, bajeczny widok z balkonów, luksusowe wykończenie i światło, które współgra z zielenią. Domyślam się, że są goście, którzy w pełni świadomie decydują się na taki właśnie styl pobytu w Swissôtel Tbilisi, będąc przygotowani na ponadstandardowy rachunek za doświadczenie hospitality na najwyższym poziomie.
– Nie narzekamy na brak zainteresowania, nie odczuwamy dysproporcji w tym aspekcie – kwituje z lekkim uśmiechem dyrektor obiektu, zapraszając na lunch do hotelowej restauracji Olive’s.
Zwiedzanie, relaks, luksus, spa
To był intensywny dzień. Wyjechałem poza stolicę. Z Tbilisi do Mcchety jest zaledwie 20 kilometrów. Niby chwila. A jednak w sensie podróżniczym to trochę tak, jakby ktoś przekręcił zegar o kilkaset lat. Z luksusu w tradycję. Z relaksu w zadumę. Przed momentem moczyłem się w hotelowym basenie, korzystałem z usług spa – a teraz zmieniam drastycznie otoczenie i poziom emocji.
Mccheta była starożytną stolicą wschodniej Gruzji. To tutaj w IV wieku chrześcijaństwo zostało ogłoszone religią państwową. Dzisiaj? To małe miasto, które pełni funkcję jednego z najważniejszych centrów religijnych i kulturowych kraju. W historycznym centrum Mcchety wznosi się monumentalna katedra Sweti Cchoweli, a na wzgórzu, doskonale widocznym z każdego punktu miasteczka, pyszni się słynny „monastyr krzyża”, czyli Dżwari (Jvari).
Godzinę temu byłem tuż przy nim, a wiatr próbował urwać mi głowę. Rzeki Mtkwari i Aragwi spotykają się tutaj niemal jak dwie historie Gruzji. Lubię tutaj wracać, znam ten widok w każdym anturażu pogodowym: w śniegu, w deszczu, w palącym słońcu. Woda, góry, kamienne mury i cerkwie tworzą krajobraz, który trudno pomylić z jakimkolwiek innym miejscem na Kaukazie.
Wracam do hotelu… i korzystam z wszystkich atrakcji, które mogą kojarzyć się z zachodnią definicją relaksu na wysokim poziomie. To Pürovel Spa & Sport. W jacuzzi napotykam Enzo Nero, wspomnianego już szefa kuchni w Swissôtel Tbilisi, więc rozmowa w naturalny sposób znów zbacza na tematykę kulinarną. Kontrapunktem jest późniejszy zestaw czynności pomagających w regeneracji: sauna, łaźnia parowa, hammam. Po całym dniu kręcenia się w okolicach stolicy Gruzji całość jest bardzo rozsądnym planem na wieczór.
Zaglądam do restauracji i hotelowego baru Atmosphere, w którym rano wydawane są śniadania, a wieczorem wydawane są przyjemności spod znaku kuchni azjatyckiej, koktajli oraz gruzińskich i międzynarodowych win. Całość tworzy przestrzeń, z której mogą korzystać nie tylko hotelowi goście – przy stolikach widzę sporo osób, także nieco starszej młodzieży, która kręci rolki, robi miny, zachowuje się tak, jak ich rówieśnicy w dowolnym innym kraju na świecie.
Wychodzę na taras (zapomniałem wspomnieć, że Atmosphere znajduje się na dachu, w bonusie oferując panoramiczny widok na Tbilisi). Przede mną stare miasto. Wzgórza. Nowe budynki. Stare dachy. Światła. Ruch. Mtatsminda mrugająca kolorowymi smugami.
Tbilisi nie jest idealne. Nadal ma swoje krzywe uliczki, stare balkony, podwórka, bazary, marszrutki, sypiące się fasady i ludzi, którzy potrafią zaprosić nieznajomego do stołu, ale i spojrzeć nieco z nieufnością. Ale jednocześnie pojawiają się tu nowe hotele, nowe restauracje, nowoczesny design i oferta skierowana do coraz bardziej wymagającego podróżnika.
Swissôtel Tbilisi, w którym aktualnie przebywam, dobrze pokazuje tę zmianę. Pozwala na zachodni standard i powiew luksusu w mieście, które przez wieki było skrzyżowaniem dróg i które dla wielu wciąż jest „tym tanim miejscem na Kaukazie”. To twój wybór, podróżniku: możesz wybrać lokalny klimat, budżetowy nocleg – ale jeżeli chcesz czegoś innego (i pozwala na to twój budżet wyjazdowy), masz taką możliwość.
To już nie jest to stare Tbilisi, gdzie znalezienie 5-gwiazdkowego hotelu było niczym poszukiwanie złotego runa przez Jazona. To twoje emocje, twoje pieniądze i twoje decyzje. Zagłosujesz swoimi chęciami i portfelem.
Ale nie zapomnij, gdy zdecydujesz się zajrzeć do tego obiektu, podejść do Enzo. Zobaczyć, jak kręci się po kuchni, zaaferowany. Zawołać „Ciao! Gamardżoba!”. Porozmawiać o jedzeniu. I o winie.
W końcu jesteś w kraju wina i ludzi, którzy gościnność wynoszą na zupełnie inny poziom.
- oficjalna strona Swissôtel Tbilisi → TUTAJ
- oficjalny serwis Georgian National Tourism Administration → TUTAJ
Pan Podróżnik przebywał na międzynarodowym press tourze w Swissôtel Tbilisi jako niezależny dziennikarz na zaproszenie Accor Group. Podmiot zapraszający nie miał wpływu na treść sformułowań i opinii, zawartych w artykule.

Comments are closed.