Smugi brudu na szybie układają się w szarobure pasy, niczym motyw ludowy na kawałku tkaniny. Za oknem przemykają widoki, które urywają głowę. Czuję przestrzeń, reguluję oddech, odnotowuję kolejne przepaście i mosty nad nimi. Oczy przyzwyczajają się do stałego rytmu – wyznaczanego przez ciemność, tunele, jasność, góry, rozlewające się plamy światła. Na stoliku w przedziale, owinięte w zatłuszczony papier, czekają pachnące resztki prezentu, który sprawiłem sam sobie tuż przed odjazdem. To była budka z pljeskavicą, to było w innym kraju, to było kilka godzin temu, to było pyszne. Tymczasem dźwięczne laku noć (dobranoc) zmieniło się w melodyjne dobro jutro (dzień dobry).
Nazywają go podniebnym ekspresem. Z drugim określeniem mógłbym polemizować. Z pierwszym – nawet nie zamierzam. Całość to przygoda w czystej postaci.
Konia z rzędem tym, którzy wymienią trasę kolejową z Belgradu do Baru na jednym wydechu, łącząc ją w rekomendację równą szwajcarskiej Bernina Express czy norweskiej Flåmsbana. – Gdzie nam do Szwajcarii, rozejrzyj się dookoła – prycha Svetozar, wypełniając swoją postacią przedział sypialny i moszcząc się na wąskim łóżku przypominającym pryczę. Mam ochotę wyrazić odmienne zdanie, które grzęźnie mi w gardle, powstrzymane chęcią podtrzymania przyjacielskiej konwersacji.
Wąsaty Serb pokonuje trasę z Valjeva do nadmorskiego Baru dwa razy w miesiącu. Dla niego to nie pierwszyzna, zwykły środek komunikacji, niegodny emocji i wzruszeń. Zabija czas, skubiąc słonecznik i plując do woreczka. Jest gadatliwy, spocony, przyjazny.
Spotkałem się z tym wzorcem postawy wielokrotnie, chociażby w kolei transsyberyjskiej. Entuzjazm podróżnika z Zachodu, naładowanego emocjami i pragnieniem egzotycznej przygody zderza się z prozą życia osób, które gdyby mogły, wybrałyby inny środek transportu. Ale nie mogą. Lub nie stać ich na alternatywę. Jesteśmy więc skazani na siebie, przez kilka czy kilkanaście godzin, podróżując z bagażem potencjalnego konfliktu oczekiwań. Ja – przygoda i energia. Oni – obowiązek i chęć spokojnej podróży.
Takie małe zderzenie cywilizacyjne. Ja chcę. Oni muszą.
Jadę więc, napawając się świadomością historii tej trasy, która jest niewiele starsza ode mnie. Kiedyś była połączeniem krajowym. Teraz? Przez 12 godzin spędzonych w wagonie sypialnym, licznik krajów odwiedzonych podczas tego wyjazdu powiększy się o trzy kolejne. Ot, Bałkany w pigułce.
Trasa ta określana jest niekiedy jako Kolej Snów. 476 kilometrów kolejowych szyn, które przecinają Serbię, kawałek Bośni i Hercegowiny oraz Czarnogórę. To najprostszy, aczkolwiek nie najszybszy, sposób na podróż z gwarnego Belgradu do wybrzeża Adriatyku. Prawdziwy cud inżynierii, namacalny dowód na to, że niemożliwe nie istnieje. Dość napisać, że w pakiecie z zakupem biletu na tę trasę dostajecie kuszącą świadomość atrakcji: 254 tuneli i prawie tyle samo mostów.
– Wyobraź sobie, że podczas przejazdu PKP Intercity z Poznania do Rzeszowa byłyby takie niespodzianki. A to ta sama odległość – w głowie huczą mi słowa Darka, znajomego z Polski, maniaka podróży tym środkiem transportu. Szaleństwo!
Wspomniałem o rytmie podróży, wyznaczanym przez ukształtowanie terenu? 114 kilometrów trasy przebiega w podziemnych tunelach, więc aparat fotograficzny często wędruje z rąk do plecaka, znów do rąk, ponownie na półkę. Skorzystałem z rady doświadczonych podróżników, z rozmysłem rozpoczynając przejazd w stolicy Serbii i wybierając połączenie nocne. Cel jest jeden: najpiękniejszy, górski odcinek trasy pokonać w świetle wschodzącego słońca, nad ranem.
Środek nocy. Trwa kontrola paszportowa, z przedziałów wyzierają rozespane głowy, po korytarzu niesie się cichy szmer rozmów. Zapomniany element podróży, który w czasach otwartej Europy i układu z Schengen, znoszącego kontrole na granicach wewnętrznych, jawi się jako anachronizm, pozostałość poprzedniej epoki.
Szybki rzut oka na współtowarzyszy podróży. Synchronizacja porannego alarmu w telefonach komórkowych.
Dobiegający zza okna jednostajny odgłos pokonywanych kilometrów.
Sen.
Mawiają, że magia zaczyna się od Bijelo Polje, gdzie Serbia zmienia się w Czarnogórę. I faktycznie, znikająca noc odsłania powoli widoki rodem z Władcy Pierścieni. Góry Dynarskie, które przecina trasa kolejowa, nie wyglądają gościnnie. Ale to tylko pozory.
Pociąg zwalnia na tyle, że jestem w stanie z okna mojego przedziału oglądać florę alpejską. Oczy cieszy widok skalnic, dzwonków, szarotek alpejskich – a hen, daleko na zboczach, sosny pną się do góry. Część drzew nosi na sobie białą czapę, świadczącą o tym, że zimowa aura w tej okolicy potrafi rozciągnąć się na okres kilku miesięcy.
Wychodzę na korytarz, aby złapać nieco więcej ujęć. Nie jestem sam, na identyczny pomysł wpadło wielu podróżnych, uzbrojonych w aparaty fotograficzne, komórki i moc oczekiwań. Wielojęzyczny gwar świadczy o tym, że trasę z Belgradu do Baru pokonuje sporo świadomych turystów, którzy doskonale wiedzą, po co to robią. Wszak planując podróż z Serbii do Czarnogóry, nad jedną z jej pięknych plaż, prościej i szybciej byłoby skorzystać z połączenia lotniczego.
Ale nie zawsze chodzi o to, aby było szybko.
Kolejny most, kolejny tunel i powolna wspinaczka do góry. Nachylenie terenu to imponujące 25 proc., całość jest namacalnym dowodem i świadectwem kunsztu architektów oraz budowniczych tej trasy kolejowej wydartej naturze.
Odpędzam resztki snu i sprawdzam na mapie odległość do słynnego wiaduktu Mala Rijeka. Jeszcze kilkanaście kilometrów, rozglądam się więc po korytarzu. Widać, że skład ma lata świetności już za sobą. Gdzieniegdzie coś wystaje, coś nie działa, przepalona żarówka jest świadectwem luźnego podejścia do kwestii eksploatacji i zużycia różnych elementów wyposażenia, zwłaszcza na tak wymagającej trasie.
Turysta z Chin namiętnie ssie cukierki, walcząc z problemem zmiany wysokości i zatykających się uszu. Częstuje mnie, grzecznie odmawiam i wracam do przedziału, dobierając się do kotleta z mielonego mięsa, pamiętającego wczorajszego belgradzkiego grilla. Pljeskavica to „bałkański burger”, jestem od niego uzależniony w równym stopniu jak od sałatki szopskiej, która mimo swojego bułgarskiego rodowodu bije rekordy popularności w Serbii, Czarnogórze i Macedonii Północnej.
Oto i on. Wiadukt Mala Rijeka, który mógłby grać w kolejnej odsłonie przygód agenta 007. Przemykamy po nim z niewielką prędkością, kontrastującą z tempem, w jakim strzelają flesze aparatów fotograficznych współpodróżnych. Stalowo-betonowe filary wbijają się w zielone zbocza, daleko w dole migocze rzeka.
Potęga prostoty.
Niegdyś wiadukt Mala Rijeka dzierżył tytuł najwyższego mostu kolejowego na świecie – rekord został pobity już w XXI wieku, trafiając do Chin, a później na sporny teren Dżammu i Kaszmir w Indiach. Jak wiele innych rekordów, ale to nie ujmuje nic z surowej piękności czarnogórskiej budowli.
Przeglądam szybko zdjęcia, które zrobiłem. Nie jestem zadowolony, ale mam szansę na poprawkę – kilka minut później z okien pociągu oglądam panoramę wiaduktu na tle oszałamiającej górskiej przyrody.
I mam nieodparte wrażenie, że całość jest idealnie wkomponowana w otoczenie, nie nastąpił gwałt na tkance przyrodniczej. Co jest krzepiące, zważywszy na to, jak łatwo dokonać nieodwracalnych zmian, które przenoszą dominantę z pejzażu i natury na dzieło ludzkich rąk.
Wysiadam z pociągu, śmiejąc się z moimi towarzyszami z oczywistej gierki słownej (– A teraz do baru w Barze). Adriatyckie słońce śmieje nam się w twarz, pod powiekami wciąż jednak migoczą widoki sprzed kilku godzin: górskie przełęcze, ściany kanionów nachylające się wprost na tory kolejowe, stukot wagonów o podkłady kolejowe. I przestrzeń, którą udało się ujarzmić blisko 50 lat temu, ułatwiając transport towarów i ludzi ze stolicy dawnej Jugosławii nad morze.
Ile kosztuje ta przyjemność? Mniej niż 100 zł za bilet w jedną stronę, jeżeli decydujemy się na miejsce siedzące. Kuszetka i luksus miejsca leżącego wymaga dopłaty równowartości 25 zł, co zważywszy na czas trwania podróży jest najrozsądniejszym rozwiązaniem.
Czy warto przemierzyć całą trasę z Belgradu do Baru pociągiem? Zamiast puenty: to jedna z najlepiej zainwestowanych kwot w moich europejskich podróżach kolejowych. Spakujcie plecak, kupcie bilet i przekonajcie się o tym sami.
- więcej informacji o linii kolejowej z Belgradu do Baru → TUTAJ
- The Man in Seat 61: opis trasy → TUTAJ
Felieton „Z głową w chmurach. Pociąg, plaża, pljeskavica” ukazał się również w 27. Outdoor Magazyn.

Comments are closed.