Bliski Wschód, rok 2019. – Dlaczego ta lalka nie ma oczka? – pytanie od kilkulatki zawisło w powietrzu i nie chciało spaść na ziemię marzącą o wydzielaniu zapachu petrichor. Wcinamy lody szafranowe. Oblizujemy wargi. Na bazarze w pustynnym Jazd powietrze jest lepkie niczym wata cukrowa. To kontrast do zoroastriańskiej Świątyni Ognia, gdzie śmigła wentylatorów przecinają modlitwy tych, dla których Atash Behrams nie jest miejscem li tylko turystycznej ciekawości.
Iran. Uwielbiam ten kraj. I nienawidzę go. Jednocześnie. To tutaj skazano na śmierć mojego kolegę. Ale w tym samym Iranie przeżyłem mnóstwo pięknych chwil. I poznałem co niemiara wartościowych, cudownych osób. A teraz? A teraz jest… lalka.
Felieton o przeszłości i przyszłości.
CIĄG PRZYCZYNOWO-SKUTKOWY
Lalka mnie prześladuje. Tak, wiem, to błąd poznawczy, zjawisko Baader-Meinhof. A jednak widzę ją w kolejnych irańskich miastach. Na dusznych bazarach. W witrynach obskurnych sklepików. W księgarniach, w towarzystwie książki o przemyśle atomowym i energii nuklearnej, błyszczącej lakierowaną okładką. Odruchowo ocieram pot z czoła i sprawdzam, czy lalka nie ma wyłupanego oczka. I czy łańcuch, przytwierdzony do plastikowej szyi, jest wystarczająco mocny, aby lalka się nie zerwała.
Czyżby Iran, potężna Persja, to tak naprawdę ta lalka? Trzymana na łańcuchu. Bez oka. Bez życia. Bez przyszłości. Beznadzieja. Zabawka w rękach tych, którzy mają interes w specyficznej ekspozycji?
Nie wiem, czy cały Iran. Na pewno ten „młody”. Chcący krzyczeć na ulicy. Chcący modlić się po swojemu, kochać po swojemu, żyć po swojemu. Żyć dostatnio. I żyć długo; ponad 60 procent ludności jest poniżej 39 lat, mediana wieku wynosi mniej więcej 33-34 lata.
Skłamałem. Nie nienawidzę Iranu. (chyba) nikogo i niczego nie nienawidzę. To nie jest kwestia niechęci do kraju, lecz do tych, którzy trzymają łańcuch, na którym wisi naród irański. Do tych, którzy brutalnie stłumili protesty, a ulice Isfahanu, Shiraz czy Teheranu spłynęły krwią. Do systemu teokratycznych rządów, który zmienił dumną Persję w to, co widzimy teraz.
W kraj, w którym władza zabija swoich obywateli.
W kraj, w którym nie możesz protestować.
W kraj, w którym nie możesz być sobą.
W kraj, który jest bombardowany.
W kraj, który więdnie.
W kraj-nie-raj.
W skraj.
To relacja kauzalna. Szalony ciąg przyczynowo-skutkowy, aktualnie, w marcu 2026 roku, podlewany wodą izraelsko-amerykańskiej interwencji militarnej. Chociaż z nieba nie leje się woda. Z nieba lecą rakiety. Niczym siekierki bojowe, z długim drzewcem i drobnym obuchem. Ze swoim indiańskim pierwowzorem dzielą tylko nazwę: tomahawk.
Być może podobną lalkę nosiła w tornistrze któraś z dziewczynek w Minab, idąc do szkoły kilka dni temu. Byłem tam, w 2007 roku, jadąc z Bandar-e Abbas na południowy wschód. I widziałem dzieci. Dużo dzieci. Moja podpoznańska przyjaciółka również podobne powidoki ma, napędzane wspomnieniami o Iranie.
[…] dokładnie takie dziewczynki pamiętam, w hidżabikach, z tornistrami, wesołe, zagadujące, pozujące do zdjęcia, nawet jeśli potrafiły po angielsku powiedzieć tylko „hi, how are you”.
KOLOR WOLNOŚCI
Nie mogę spać. Rzucam się na łóżku, neony tańczą za oknem, w TVN24 cała prawda, całą dobę, całą parą realizmu wiercąca w głowie obraz obecnego bliskowschodniego konfliktu. A w głowie znów lalka. I Minab, z całą absurdalnością śmierci od amerykańskiego stalowego tomahawka. Ale i z tymi wszystkimi, którzy zginęli w ostatnich miesiącach – a Cezarem Bliskiego Wschodu, z kciukiem w dół, był ajatollah Ali Chamenei.
Historia magistra vitae est? Otóż gówno. Historia lubi się powtarzać.
A my się, jako ludzkość, nic nie uczymy. Kręcimy się w kółko. Deklamujemy stare-nowe wersy. Definiujemy stare-nowe wojny. Deklarujemy stare-nowe pokoje. Delegujemy stare-nowe poczty posłańców. Wszystko od nowa, wszystko ab ovo, a pod spodem bywa brutalnie prawdziwie, gdy rzeczywistym powodem jest to, że coś nam w bankach nie sztymuje.
W głowie mam słowa Mariusza Zawadzkiego sprzed 4 dni. Słowa bolą. Ponieważ nie dotyczą prehistorii, tylko czegoś, co stało się w ostatnią sobotę.
Najdziwniejsze w stu zabitych irańskich dziewczynkach jest to, że na Zachodzie prawie nikt o nich nie mówi. Już w pierwszej godzinie wojny z Iranem został ustanowiony nowy rekord: w pojedynczym bombardowaniu zginęło ponad sto dziewczynek w wieku 7-12 lat. Zdarzyło się to w żeńskiej szkole podstawowej w miasteczku Minab leżącym niedaleko brzegu Zatoki Perskiej. Nawet przez dwa lata bombardowań Strefy Gazy, choć Izraelczycy zabijali średnio 30 (słownie: trzydzieści) dzieci dziennie, to takiego celnego trafienia nigdy nie odnotowali.
Za każdym razem, gdy ktoś wspomni o celowości ataków izraelsko-amerykańskich na Iran, oprócz wszystkich słusznych argumentów, przemawiających za deinstalacją reżimu ajatollahów – gdzieś z tyłu głowy zostanie mi ten obrazek z Minab. I zdjęcie, które poraża swoją prostotą. Na którym groby wyglądają jak prostokątne koraliki czekające na nanizanie na muzułmański sznur modlitewny tashib.
Nie, nie jestem symetrystą. Ludzie w Iranie pragną wolności. Jednocześnie jednak nie sposób nie zadumać się nad smutną konstatacją: wolność ma często krwistoczerwony kolor…
Chociaż przez moment, przez chwilę ulotną, nie o zawirowaniach w ruchu lotniczym, o czym od kilku dni opowiadam we wszystkich programach telewizyjnych, audycjach radiowych, tekstach w online i offline.
Przez moment o przeszłości.
Przez moment o przyszłości.
O turystyce.
Iran to fascynujący kraj. Byłem w nim kilkukrotnie, przemierzając go wzdłuż i wszerz: od granicy z Armenią po wybrzeże i cieśninę Ormuz, od rubieży nieopodal Iraku do okolic Meszhedu, blisko granicy z Turkmenistanem i Afganistanem. Na turystów czekają oszałamiające krajobrazy, pustynie, starożytne miasta, tysiące lat historii, która krzyczy do nas spod każdego kamienia. Bogactwo fauny i flory, nieprawdopodobnie otwarci i gościnni mieszkańcy, szafran, pistacje i dywany.
Całość podlana gęstym sosem rozmów i uśmiechów, w towarzystwie hektolitrów obowiązkowej herbaty.
Ale to także miejsce, gdzie odwaga mieszkańców jest policzalna i ma swoją cenę. To nie jest tendencja do zaburzania percepcji przez oczekiwania młodych ludzi, którą można byłoby zrzuć na karb błędu poznawczego (selektywnej percepcji). To się po prostu dzieje – budząc we mnie, reprezentancie innej kultury, systemu gospodarczego, społeczno-politycznego, uczucie podziwu zmieszanego z obawami.
Oto jestem. Z dziurą w głowie, z której wydostają się miazmaty wojny o-w-sumie-nie-wiemy-co. Bo przecież nie o demokrację, nieprawdaż? To właśnie emanacja love-hate relationship, którą mam w odniesieniu do Iranu.
Z jednej strony: uwielbiam tam wracać, czuć zapach pustyni, słyszeć muezzina nawołującego do modlitwy, prowadzić niekończące się dyskusje i słuchać niekończącego się staccato lokalnych poetów, wszak każdy młody Irańczyk to poeta lub były poeta.
Z drugiej strony – rozróżniając kwestie turystyczno-podróżnicze od politycznych oraz zachowanie zwykłych mieszkańców od zachowania decydentów – nie umiem do końca jednoznacznie doradzić tym, którzy w przyszłości zechcą odwiedzić Iran: „jedźcie tam, podziwiajcie i chłońcie!”.
Zacząłem od dziecka, na dziecku skończę. Zamykam oczy, widzę piach na pustyni Lota (Daszt-e Lut), który wiruje niczym derwisz, wyrzucony w powietrze drobnymi rączkami. Wygląda jak postać.
Oby marzenia Irańczyków o miejscu, w którym mogą czuć się „u siebie”, bez łańcucha – nie rozwiały się jak ten piach. A łańcuch teokracji nie zmienił się w łańcuch trzymany przez pewnego siwowłosego polityka z Jerozolimy i pewnego rudowłosego polityka z Waszyngtonu.
- felieton Mariusza Zawadzkiego odnośnie Iranu w Gazecie Wyborczej → TUTAJ
- felieton „Między miłością i nienawiścią. Iran, muzyka i kara śmierci” → TUTAJ
- doskonały wywiad wideo o historii Iranu, którego autorem/narratorem jest dr. Roy Casagranda ↓
