Tam, gdzie góry są jak drugi dom, największe jezioro nazywane jest morzem, a dziecko jest twoje i jednocześnie twojego ojca. Tam, gdzie truchło kozy jest piłką, kumys smakuje jak ambrozja, a bagażnik zdezelowanej łady zmienia się w akwarium. Tam, gdzie bezkres, wiatr i zapach czasów minionych. Tam, gdzie woda toczy walkę z Ogniem, a Historia stoi z boku i skubie trawę. Tam, gdzie Nargiza, z nadmiarem uśmiechu i deficytem uzębienia, wyciera palce z resztek beszbarmaku, cedząc z wolna Silerde Polshada beyishtey go, ee? Bizde da oshondoĭ da! (U was w Polsce musi być jak w raju, tak jak u nas).
Uważaj, abyś nie wsiąkł.
Reportaż Pana Podróżnika z Kirgistanu.
DWIE PRZEŁĘCZE
– Masz szczęście, za godzinę byłoby za późno. Zamykamy przejście. Otwieramy dopiero w poniedziałek – słowa chińskiego pogranicznika brzmią jak nuty najpiękniejszej melodii świata. Z głośników-szczekaczek słychać charakterystyczny motyw z filmu Przyczajony tygrys, ukryty smok. Tán Dùn zapewne byłby zadowolony, że jego dzieło odbija się echem od niepozornych budynków na końcu świata, przy kirgisko-chińskiej granicy.
Poprawiam szelki plecaka. Oddycham z ulgą. Wołam resztę mojego polsko-niemiecko-kirgiskiego towarzystwa, którego znakomita większość ukonstytuowała się kilka godzin temu na dworcu w Ulugqat. Zaczynamy polowanie na transport. Samodzielnie, bez auta, nie można dotrzeć do Kirgistanu. Należy wynająć kierowcę. Lub przekupić celników, aby wskazali swoich kolegów od kierownicy.
Jesteśmy na granicy.
I jednocześnie do granicy pozostało ponad 120 km.
I te dwa zdania wzajemnie się nie wykluczają.
Od początku wiedziałem, że z duetu przełęczy Torugart (Торугарт ашуусу) i Irkeshtam (Эркеч-Там), tam, gdzie łańcuch górski Tienszan całuje mroźnym oddechem Pamir i jego wielotysięczniki, wolałbym wybrać bezpieczniejsze rozwiązanie. Są tylko dwa sposoby na wjazd do Kirgistanu z chińskiego Regionu Autonomicznego Sinciang-Ujgur. I każdy z nich wiąże się z modłami, aby wysokogórskie przełęcze, na których położone są przejścia graniczne, były przejezdne.
Nie chciałem kusić losu własnym, jednoznacznym wyborem. Zagrałem więc w podróżnicze bingo, siedząc kilka dni temu na tarasie hostelu w Kaszgarze – bramie do Jedwabnego Szlaku. Dwie karteczki do pustej czarki po czaju w dawnym karawanseraju. Cyk. Chwila niepewności. Oczekiwanie. Kilka par oczu wpatrzonych w wymięty, przetłuszczony karteluszek. I już wiem(y), że czeka nas podróż na 3005 m n.p.m. Z perspektywą próby załapania się na okienko dostępności i łaskę urzędników w Ulugqat.
– A jak nas cofną?
– To wrócimy do Kaszgaru i spróbujemy na drugiej przełęczy.

Błękit nieba, przełamany bielą śnieżnych płatów i szarością wszystkiego dookoła. Wszystko podlane bylejakością, postsowieckim sznytem. Psy. Resztki baraków. Bardak. I tylko przyroda wyrywa z butów, zapiera dech w piersiach, oszałamia potęgą.
Samochód pamięta czasy, gdy Związkiem Radzieckim władał mężczyzna z plamą na łysinie. Sprężyna z fotela wbija mi się w pośladek niczym igła. Na dachu klekocze rower Joerga (– Nie możesz jechać na nim, musisz go jakoś przymocować). Na przednim siedzeniu – obowiązkowy gość.
Władza. Pan władza.
Musimy zapewnić mu miejsce w aucie. Ściskając się na tylnej kanapie w czteroosobową kanapkę.
To chiński pogranicznik, który pilnuje kierowcy – i nas – abyśmy nie wysiedli z samochodu, dopóki nie wgramolimy się na szczyt przełęczy Irkeshtam i nie zaczniemy zjeżdżać w kierunku kirgiskiego posterunku. Trasa S309. Blisko 130 kilometrów ziemi w sumie niczyjej (aczkolwiek chińskiej), upstrzonej malutkimi osadami, bez żadnych ciekawskich głów na progu lub w oknach. Bezruch. Bułka dla kierowcy, przekazana w Sazi Village przez brudną szybę, w drugą stronę wędruje pomięte pięć yuanów, a przewodniczący Mao mruga do nas okiem z banknotu.
Nie odrywam wzroku od wzniesień, które płoną feerią barw. Rudozielony przełamany jest sepią i żółcią. I czarna kreska drogi, nakrapiana dziurami niczym wąż cętkami. Ostatnio taką mozaikę widziałem w Tęczowych Górach w Peru.
Ciepło. Zimno. Ciepło. Dojeżdżamy do zakrętu. Tu nic nie ma.
…i nagle każą nam wysiąść, wypakowują plecaki, ściągają rower, zawracają, znikają na horyzoncie, nie wiem co robić, rozglądam się dookoła, widzę kirgiską czapkę i mundur, uśmiecham się, w odpowiedzi dostaję sztylet beznamiętnego spojrzenia podlanego ciekawością i już wiem, że udało się.

SARY TASH
– Nie mamy tutaj hotelu. Ale śpijcie u mnie w domu, zapraszam.
Dopowiadając te słowa, wypowiedziane po rosyjsku, tubalnym głosem, niski i krępy mężczyzna z oczami jak dwie poziome kreski wskazuje dłonią skromny budynek, przy drodze znikąd donikąd.
Kirgiz lituje się nad nami, widząc, jak wynurzamy się z czeluści samochodu w Sary Tash, pierwszej większej wiosce na Pamir Highway. To zwornik, skrzyżowanie szlaków i dróg. Jest pięknie, majestatycznie. Przestrzeń pozwala na złapanie oddechu. Umorusane dzieci spoglądają na nas z zainteresowaniem. Postrzępione sześciotysięczniki zamykają linię horyzontu. Droga do granicy z Tadżykistanem kusi nowymi pomysłami na przygodę. Tak blisko. Tak mało czasu. Może innym razem.
Mężczyzna kipi ciekawością i chęcią pomocy innostrańcom. Krzyczy na kierowcę. Złapaliśmy go po kirgiskiej stronie, tuż po tym, jak pogranicznicy dowieźli nas do miejsca, gdzie sprawdzono nasze paszporty. Facet żąda dodatkowych dolarów za przewiezienie naszych tyłków z chińsko-kirgiskiej granicy, 70 kilometrów stąd. Umawialiśmy się na inną kwotę. Gwar podniesionych głosów, po czym pisk opon samochodu, a w środku pozbawiony dodatkowego zarobku cwaniak.
Temperatura znów spada, emocje rosną, nie ma czasu na dywagacje, w głowie rezonuje Lemowskie „A to mi rozumna istota, dalibóg!” i podziękowanie za propozycję gościny… które za 15 minut staje się dość krępujące. Wchodzimy do wnętrza ubogiego gospodarstwa. Mężczyzna (– Mam na imię Azamat) zamaszystym ruchem ręki wygania dwie żony i trójkę dzieci do kuchni. I już wiemy, że cała jego rodzina spędzi noc właśnie tam, oddając nam to pomieszczenie.

Rozglądam się po mizernym domostwie. Nasza izba to najparadniejszy pokój – i tylko tutaj jest ciepło. Rozkładam swój śpiwór, rzucam okiem na zegarek, chcąc skontrolować wysokość (3163 m n.p.m.) i temperaturę. Jest niewiele powyżej zera, dobę temu byliśmy w Chinach, mając w powietrzu blisko 40 stopni Celsjusza.
Chwilę później dobiega nas zduszony odgłos, który wydaje zabijane zwierzę, gdzieś z tyłu domu. Azamat kiwa przyjaźnie palcem, zaprasza mnie, Joerga i Maćka do lokalnego sklepu. Ubieramy się, wychodzimy z nim w mrok.
Kilkaset metrów marszu w milczeniu.
W magazynie na półkach kasza.
Słodycze i napoje.
Mąka i cukier.
I wódka.
Pijemy z nim, pijemy ze sprzedawcą, oczy łzawią, jako przepitkę podtykają nam cukierki miętowe i połamane ciastka.
Wychodzimy ze sklepu, Joerg wygląda na nieco zmieszanego, szepcze do mnie po angielsku: – Do tej pory piłem tylko piwo i whisky, pierwszy raz w życiu spróbowałem wódki… – A ja uśmiecham się na myśl o okolicznościach, w wyniku których mój niemiecki kolega stracił wysokoprocentowe dziewictwo.

Wracamy do ciepłego domu. Godzinę później na stole pojawia się kumys i beszbarmak, który łapczywie połykam. Z tyłu głowy mam świadomość, że to pierwszy ciepły posiłek od ponad doby. Gorące danie parzy w dłoń, którą nabieram kawałki mięsa i makaron. Sztućce są nieznanym i luksusowym zbytkiem. Popijam całość kumysem, sięgam po gotowane ziemniaki, posypane kolendrą, które czekają już na stole, w towarzystwie omasty z cebuli.
Proste jedzenie.
To był najsmaczniejszy posiłek, jaki mogłem sobie wyobrazić.
I właśnie wtedy Nargiza, żona Azamata, ośmielona luźną atmosferą, wypowiada to zdanie o Polsce i raju, którym zapewne jest nasz kraj. Tak samo jak Kirgistan. I mówi to z niezachwianą pewnością w głosie. Klasyczna iluzja asymetrycznego wglądu, błąd poznawczy.
Raj.
Jak bardzo punkt widzenia zależy od punktu siedzenia? Czy nazwalibyście Polskę rajem?

KFC, BP – ZAGRAJMY W SKOJARZENIA
Dobrze mi tutaj. To dla mnie nieco sentymentalna podróż. W Kirgistanie, w tej dzikiej Szwajcarii na sterydach – porównanie może odnosić się do możliwości obcowania z naturą i wysokimi górami – bywałem już wcześniej. Mam tu znajomych. Nie tylko w stołecznym Biszkeku, lecz również rozsianych od Osz (Oш) poprzez Dżalalabad (Жалал-Абад) skończywszy na wioskach nad jeziorem Issyk-kul (Ысык-Көл). Widzę zmiany, które następują… i jednocześnie wciąż odnotowuję własną, smutną konstatację, że mentalnie i rozwojowo ten kraj, jeden z „pięciu -stanów” (pozostałymi są: Kazachstan, Uzbekistan, Tadżykistan i Turkmenistan) wciąż ma dużo lekcji do nadrobienia.
I to, że do Kirgistanu można już stosunkowo łatwo i tanio dotrzeć z Polski drogą lotniczą, z jedną przesiadką – chociażby dzięki PLL LOT i ich połączeniom z Warszawy do uzbeckiego Taszkentu lub kazachskiej Astany – nie wpływa na tempo zmian i ewentualne unowocześnianie infrastruktury państwa na modłę zachodnią.
Nie dziwi mnie wszechobecny bałagan. Wzruszam ramionami, obserwując dziury w chodnikach lub wręcz brak trotuarów – i jednocześnie kryte lodowisko we wnętrzu luksusowego domu handlowego w Biszkeku. Ze zrozumieniem przyjmuję typowy „toniedasizm”, który jest standardową odpowiedzią na wszystkie pytania.
Szalenie doceniam gościnność Kirgizów, śmieję się z lokalnych odnóg biznesów, których nazwy mogą być mylące. W Kirgistanie z prawem autorskim i ochroną międzynarodowych znaków towarowych jest nieco tak, jak w tym dowcipie o Podhalu i prawie budowlanym – no, nie przyjęło się. Stąd potworki w rodzaju stacji paliw BP, która okazuje się… Bishkek Petroleum lub restauracja z panierowanymi kurczakami KFC, którą odcyfrowuję jako… Kyrgyz Fried Chicken.


A jednak Kirgistan, na tle swoich sąsiadów, jest relatywnie otwartym krajem.
To nie Turkmenistan, który dla indywidualnych turystów jest praktycznie zamknięty.
To nie Tadżykistan, gdzie część z regionów, na przykład GBAO (Górnobadachszański Obwód Autonomiczny) wymaga aplikowania o specjalną wizę. Kirgizi jako jedni z pierwszych w tej części świata otworzyli swoje granice dla turystów z Polski, umożliwiając ruch bezwizowy.
– Dziwię się tym, którzy traktują Kirgistan jako kolejny kraj do zaliczenia na swojej podróżniczej liście. Tutaj nie ma praktycznie zabytków. Tutaj przyjeżdża się dla gościnności i dla przyrody, natury – opowiada mi jezuita Remigiusz Kalski. Siedzimy w polskiej parafii w Biszkeku, wcinamy płow, a mięso, warzywa i ryż tworzą mozaikę smaku, dopełniającą naszą rozmowę. – Mieszkam tutaj wiele lat i nauczyłem się, że do pewnych spraw należy po prostu podchodzić z dystansem, nie przykładając europejskiej miary – dodaje jezuita, a ja wracam myślami do pewnej historii, którą wraz z nim udało mi się zrealizować kilka lat temu w Kirgistanie.

POWRÓT DO PRZESZŁOŚCI, STAN W TERAŹNIEJSZOŚCI
Łyk wspomnień. W 2014 roku imperatyw do działania w myśl „podróż + coś dobrego” zaprowadził mnie do kraju ludzi w kałpakach, który tak pięknie, kilkadziesiąt lat temu, w 1968 roku, opisał Ryszard Kapuściński. Zawiozłem dary do domów dziecka, m.in. w Karakole (Каракол, dawniej znanym jako Przewalsk – Пржева́льск). W wyborze miejsca pomógł mi właśnie Remigiusz Kalski. I to tutaj, w jednym z takich przybytków nędzy i jednocześnie nadziei, na przysłowiowym końcu świata, w otoczeniu górskich zboczy, zrozumiałem istotę problemu pomocy celowej.
Okna, z których część była zasłonięta folią, inne – kawałkiem materiału. Dziura o średnicy 60 centymetrów w podłodze między piętrem i parterem, na którą narzucony był wojłokowy koc (– Kiedyś spadło nam dziecko, musimy wzmocnić to konstrukcją z drewna). Marzeniem dyrektorki placówki jest lodówka, w której mogłaby trzymać wiktuały, w tym zamrożoną baraninę, pozyskiwaną dzięki chodzeniu „po prośbie” do miejscowych rolników (– Nie mamy funduszy, dlatego na co dzień dzieci jedzą potrawy mączne, a omasta i mięso są dwa razy w miesiącu).
Część podopiecznych – w szpitalu, zatruły się wodą ze strumienia. Pozostałe dzieci? Stoją nieopodal budynku, spoglądają na mnie z rezerwą, nie wiedząc, po co przyjechałem do nich wraz z moimi małymi córkami. A my, w naszych podróżnych torbach, przywieźliśmy mnóstwo zabawek, pluszaków-przytulaków, książek do nauki języka angielskiego.
To ważne. Ale są rzeczy ważniejsze. Te dzieci są zmięte, wygniecione przez niełatwe życie niczym papierki po cukierkach. Większą pomocą okazuje się nasza szybka narada, powrót do miasta, zakup barana na pobliskim targu, poćwiartowanie go i przekazanie w darze, w rytm podziękowań dyrektorki placówki i staccato jej łez, które kapią na podłogę niczym groch.

Jestem w Karakole. Szukam tego domu dziecka. Widzę znajomy budynek, ale nie słyszę gwaru dziecięcych rozmów. W powietrzu dominuje cisza, a nie szczebiotanie dziecięcym sopranem. Nie ma piłki lądującej co rusz na ogrodzeniu. Pustka szarpie za duszę, niepokój potęgowany jest niewiedzą.
Nagły ruch, zmiana. Sąsiedzi wychylają swoje głowy przez firanki. Korpulentna pani w chuście opowiada, że chroniczny brak pieniędzy i szans na utrzymanie placówki spowodował jej zamknięcie kilka lat temu. Pani dyrektor poddała się, nie widząc możliwości przetrwania, nie mówiąc o jakimkolwiek wychowaniu lub dydaktyce. Co z dziećmi? Zostały przeniesione do innych obiektów.
Wracam do centrum miasta, w głowie wir myśli. Czy warto było pomagać? A może to była zła pomoc, doraźna zamiast systemowej? W rozwiązaniu tego problemu pomaga mi miejscowa pracownica socjalna, kierując moje kroki do innej placówki. To rodzinny dom dziecka.
Rozmawiam z kierowniczką. Chodzę po pokojach, czystych, choć ubogo wyposażonych. Nawiązuję kontakt z dziećmi, które opowiadają mi na wyprzódki o swoich marzeniach. Nurbek chciałby zostać graczem kok-boru, Ajnura – pielęgniarką, Asel – nauczycielką.
Żadne z dzieci nie ma telefonu komórkowego. Żadne nie ma dostępu do internetu. Jedyny komputer to leciwy pecet, który stoi wyłączony w pokoju kierowniczki (– Zepsuł się bodajże w 2015 roku i nie ma jak go naprawić).
W mojej głowie kiełkuje zalążek nowego planu. I już teraz wiem, że kiedyś tutaj przybędę bez pustych rąk.

SACRUM, PROFANUM I NAJBRUTALNIEJSZY SPORT ŚWIATA
Słońce powoli zachodzi nad horyzontem. Wróciłem z wizyty w ośrodku nad jeziorem Issyk-kul. Kiedyś spędziłem tu kilkanaście dni. Teraz? Kilkadziesiąt godzin. I wciąż czuć ode mnie zapach konia, ogniska, emocji.
Issyk-kul to święte „morze Kirgizów”, do którego mam słabość. Tak, to nie pomyłka: dla części z mieszkańców Kirgistanu Issyk-kul to nie jezioro. To morze. Wystarczy spojrzeć na mapę, aby wszystko zrozumieć. To drugie co do wielkości jezioro obszarów górskich świata – palmę pierwszeństwa w tej kategorii dzierży Titicaca – które zajmuje tak znaczącą powierzchnię Kirgistanu, że określenie tego akwenu mianem morza nie jest przesadzone.
Więc jestem. Z jednej strony: woda i ledwo majaczący horyzont. Z drugiej – pięcio- i sześciotysięczniki. Piaszczysta plaża. Mijam kirgiskie jurty, przed którymi widzę sterty kolorowych, pomalowanych kamieni. Żadnego człowieka w zasięgu wzroku. Nie przebywam tu sam, mam towarzysza eskapady. To koń, groźnie nazwany Ogień (Oт). Ale to poczciwa szkapa, która już nigdzie w swoim końskim życiu nie musi się śpieszyć. Pasuje mi to bardzo mocno, ja również nie muszę się śpieszyć, przynajmniej teraz.
Głaszczę więc mojego wierzchowca, mówię do niego po polsku, on prycha, podpisujemy protokół niezgodności komunikacji językowej i porozumienie zgodności emocjonalnej. Odczuwam jedność z koniem. Cieszę się, że to właśnie on mnie niesie, a nie jego koleżanka, Historia (Tарых), która stała z boku i żuła trawę, wyglądając na nieco bardziej nerwową.

Powoli, niespiesznie, przemierzam kolejne kilometry na końskim grzbiecie, kierując się na Chychkan (Чычкан). W głowie gonitwa myśli ustępuje pochwale prostoty. Redukcja potrzeb, które amplifikuje dawkę przyjemności. Krok za krokiem, oddech za oddechem.
Kirgistan pomaga zrozumieć, jak bardzo jesteśmy przebodźcowani w naszym polskim, europejskim, zachodnim życiu. Jak rzadko mamy możliwość po prostu skupić się na jednej czynności, czerpiąc z niej nieskrępowaną przyjemność, bez miazmatów z karteczką i napisem „deadline”, „przyszedł ważny mail”, „jak nie odbiorę, to na pewno coś złego się stanie” tudzież „muszę-coś-teraz-sprawdzić”.
Kilka godzin później rozpaliłem ognisko w towarzystwie dzieci i młodzieży z ośrodka Issyk Center. Płomień wzbił się do góry. Ogrzewał, potężniał. Przysiągłbym, że jego kształt układał się w formę człowieka, wyciągającego do mnie dłoń…

Przełamałem się, chociaż miałem pewne wątpliwości. Dla mnie to po prostu truchło kozy i brutalny sport. Dla moich kirgiskich znajomych to żywa legenda stepów, do której dokładają swoją cegiełkę: dzika, pełna ducha wolności, nieokiełznana. To kok-boru (улак-тартыш), czyli połączenie gry w polo, szalonego rodeo i rugby-nie-dla-dżentelmenów.
Zapach koni unosi się w powietrzu, wiruje, wierci w nosie. Adrenalina. Przede mną kilkunastu jeźdźców, którzy co chwilę zrywają się w szalonej gonitwie za celem, którym jest wspomniane truchło kozy.
Zasady kok-boru, zwanego również buzkaszi? To proste: najczęściej obowiązuje praktycznie brak zasad. Owszem, są główne założenia: „żywą piłkę” – lub jej skórzany odpowiednik – należy chwycić w pełnym biegu, objechać większą część boiska i wrzucić do specjalnego, wyznaczonego kręgu. Ale cała reszta to czysta energia, siła, odwaga, spryt.

Konie nie służą jako zabawki. Co chwilę obrywają od swoich jeźdźców małym biczem – świst nahajek, które najczęściej trzymane są w zębach, powoduje pewien dysonans poznawczy. Normą jest ostra walka, przepychanie się, wręcz strącanie z konia swoich przeciwników. Na moich oczach jeden z jeźdźców z pełnym impetem zostaje wysadzony z siodła i uderza o ziemię. Nie rusza się przez blisko pół minuty. Gra w tym czasie nie jest wstrzymana, ja z kolei wstrzymuję oddech.
Uwaga pozostałych graczy skupiona jest na złapaniu wierzchowca poszkodowanego jeźdźca. Koń biega samopas, a zawodnik wciąż się nie rusza. Kilku jeźdźców zbliża się do nieszczęśnika, który powoli podnosi się z kolan. Jest zakrwawiony, ale przytomny. Przyprowadzają mu jego wierzchowca. Gracz gramoli się na jego grzbiet i kontynuuje pogoń za truchłem kozy.
Niepojęte. Dla Kirgizów – i generalnie dla pasterzy z Azji Centralnej – to coś więcej niż tradycja i sport. To pielęgnowanie historii swoich przodków, niczym nasze swojskie heklowanie koronki koniakowskiej w towarzystwie koleżanek z koła gospodyń wiejskich. Daje poczucie wspólnoty.
To tylko trening. Następnym razem pójdę na oficjalny mecz.


BAZAR TO ŻYCIE
Biszkek to stolica Kirgistanu i jedocześnie miasto, które można poznać w kilka dni. Są i tacy, którzy twierdzą, że kilka godzin najzupełniej wystarczy, a później chce się uciec. Kierunki są dwa: na południe lub na wschód. A jeżeli wschód, to po 80 kilometrach oczom uciekinierów ukaże się słynna Wieża Burana.
To jeden z ikonicznych – i nielicznych – zabytków w Kirgistanie. Trudno nie zadumać się nad losami starożytnego miasta Balasagun, pomyśleć o czasach minionych, o najazdach mongolskich. Wieża jest dominantą, która przejmuje palmę pierwszeństwa w okolicznym krajobrazie.
– A jak już będziesz niedaleko wieży, wpadnij na bazar do Tokmok.
Tak mi zalecił mój kirgiski kolega. Poszedłem za jego poradą. Ciekawość podsycały zdjęcia, które dostałem na jednym z komunikatorów. Sprawdziłem więc, w jaki dzień tygodnia funkcjonuje ów bazar. Upewniłem się, że faktycznie to niedziela, a ja nie mam wtedy żadnych innych planów.
Po wczesnoporannym nakarmieniu swoich zmysłów historyczno-estetyczną strawą przy Wieży Burana i pobliskich kamiennych statuach, zwanych balbalami – ruszyłem na bazar.

…i popełniłem błąd. Nie przewidziałem, że wszystko będzie tonąć w błocie. Że każdy centymetr powierzchni spodni i butów trekkingowych będzie oblepiony mazią. Że najlepszym obuwiem są po prostu wysokie kalosze. Że setki pasterzy i hodowców bydła w tym samym czasie będzie dopinać swoje interesy. Że stanę się ciekawostką, z którą robi się zdjęcia, której przybija się piątkę, z którą chce się napić kumysu, herbaty, pokazać zdjęcie rodziny.
Stoję więc po kolana w błocie, uśmiechając się do kolejnych fotografii, wspólnych selfie, nagrań na żywo („żurnalista z Polszy”). I rozglądam się dookoła, chłonąc lokalny klimat.
Niedzielny targ zwierzęcy w Tokmok gromadzi nie tylko kupców z obwodu czujskiego, ale również z sąsiedniego Kazachstanu. Przyjeżdżają po konie, owce, barany. Rejwach, bałagan, hałas – a jednocześnie świadomość, że w tym szaleństwie jest metoda. I że nasze europejskie poczucie estetyki „bazarowej” niekoniecznie jest tożsame z targiem w Kirgistanie.


To kwestia podejścia.
Do handlarza, który wyścielił wodoodporną folią bagażnik swojego samochodu, zmieniając go w witrynę sklepu rybnego, a towar beztrosko jest wystawiony jako gotowy do sprzedania i spożycia.
Do Kubanyczbeka, który łamanym angielskim próbuje przekonać mnie, że jego miedziane przedmioty codziennego użytku to prawdziwe dzieła sztuki.
Do Naziry, która wlewa we mnie kolejną herbatę z mlekiem, mieszając cukier palcem.
Do sprzedawcy baranów, który tłumaczy mi na migi, że do samolotu mógłbym wsadzić małego barana i w Polsce hodować go na specjalną okazję.
Do miłośników smakołyków w rodzaju owczych głów, którzy cmokają nad czaszkami, niedawno jeszcze dymiącymi i świeżymi.
Do miejscowych mastier sportów (Мастер спорта), którzy siłują się nie tylko na słowa w jednej z bocznych alejek.
Do koni, które wyglądają na umęczone.
Do owiec i baranów, które potulnie czekają na swój los.
Do ludzi, którzy swoją obowiązkową obecność na niedzielnym targu traktują jako najważniejszą rozrywkę w całym tygodniu.
To kwestia podejścia.

Wróciłem do Biszkeku. Próbuję ratować moje buty i spodnie. Jednocześnie mój żołądek przypomina mi nachalnie, dlaczego zawsze powinienem mieć przy sobie dużo papieru toaletowego. Komunikator pika powiadomieniem. Połączenie głosowe. Odbieram.
– Byłeś na targu w Tokmok?
– Ughm, byłem.
– I co, warto było?
– Wiesz, Ruslan, to dość skomplikowane. Ale tak, generalnie uważam, że warto było.

PROZELITYZM, ALA KACHUU, DZIECI PIERWORODNE
Kolejny wyjazd do Kirgistanu, marzec 2024. Punktowy, celowy, konkretny. Po to, aby rozmawiać. Aby dotrzeć do właściwych osób i pytać. Już Kapuściński w swoich Lapidariach IV-VI napisał:
Mało pytających. Dużo wszystkowiedzących. Jeżeli już ktoś pyta, warto poświęcić mu uwagę, bo to człowiek poszukujący, zastanawiający się, starający się coś zrozumieć, a jakże to rzadki teraz przypadek. Zwraca uwagę, że jeżeli dziś się w towarzystwie o czymś mówi, prawie nie zdarza się, aby ktoś powiedział – nie wiem, nie mam pojęcia, przeciwnie – wszyscy zabierają głos, mówią ex cathedra, twierdzą, upierają się przy swoim, monologują.
Zatem pytam. Słucham. Zbieram wyimki rozmów. Trzy osoby. Trzy tematy. Trzy duże obszary, w których poczułem, że większa przygoda wisi w powietrzu.
Okolice Issyk-kul, Aibek (imię zmienione):
– Mój syn, Nurlan, jest jednocześnie synem mojego ojca. On go oczywiście nie spłodził, ale w dokumentach jest jego. Oficjalnie oddałem mojego najstarszego chłopaka na wychowanie do moich rodziców. To tradycja w naszych okolicach, a w Kirgistanie tradycja to rzecz święta, fragment tożsamości narodowej. Mój ojciec sam mi to zaproponował. Mówił: »będzie lżej tobie i twojej żonie. Będziecie mieć więcej czasu na dorobienie się, na postawienie domu, na inne dzieci«. W Kirgistanie wiele rzeczy wraca do korzeni. Rady starszych, sądy aksaqal. A to dopiero początek.
Okolice Osz, Meerim (imię zmienione):
– Mam 23 lata. Zostałam porwana i zmuszona do poślubienia męża, który był moim porywaczem. To powrót starej kirgiskiej tradycji, ale w wulgarnej i wypaczonej formie. Nazywają to ala kachuu, „łap i uciekaj”. Musiałam spędzić noc w domu, w którym mieszkał ze swoimi rodzicami. Przyjęłam chustkę od jego matki, czyli zgodziłam się na małżeństwo – i później już nie miałam jak wrócić do rodzinnej wioski. Alternatywą byłaby hańba i infamia. Jestem mniej warta niż dobrze wykarmione zwierzę w obejściu domowym.
Okolice Biszkeku, Dinara (imię zmienione):
– Prozelityzm u nas nie przejdzie. 90 proc. mieszkańców to wyznawcy islamu. Więc księża katoliccy, [PK20.1]którzy chcieliby nawracać na swoją wiarę, narażeni byliby na liczne reperkusje i problemy, z więzieniem lub wydaleniem z kraju włącznie. Ale to działa w dwie strony. Dla społeczności muzułmańskiej każde odejście traktowane jest jak zdrada, a konwertyci są prześladowani. Ale jeżeli ktoś jest zdeterminowany tak jak ja, to nie boi się konsekwencji. Spójrz na mój krzyżyk i na Jezusa Chrystusa, noszę go na szyi.

Każdy z moich rozmówców pytał się, czy jego historia jest interesująca i czy warto się tym tematem zająć więcej, dłużej, szerzej. A potem zapadała cisza.
Tak, warto.
I zrobię to.
ZAMIAST EPILOGU
Dotarcie do Kirgistanu może być tańsze niż dolot do Paryża, Madrytu czy Londynu. Mój ostatni bilet na trasie Praga–Biszkek–Praga, z międzylądowaniem w Stambule, rok temu kosztował 419 zł.
Kirgistan to nie tylko jeden z pięciu „-stanów”. To również jeden z wielu stanów skupienia. Nie poprzestawajcie na pięciu. Nie szukajcie wymówek. Odwiedźcie Kirgistan, póki jest w miarę dziewiczy dla masowej turystyki. Znajdźcie swoje własne ścieżki w kirgiskich górach, nad jeziorem Issyk-kul, w dawnym Frunze.
Pośpieszcie się, zanim Kirgistan zmieni się w drugą Gruzję i zostanie najechany przez legiony turystów, których obecność wymusi na miejscowych zmiany w zachowaniu, w podejściu, w życiu.
A potem wróćcie i napiszcie, czy było warto.


- kirgiski film „Kurmanjan Datka” → TUTAJ
- książka Wojciecha Góreckiego „Buran. Kirgiz wraca na koń” → TUTAJ
Reportaż został również opublikowany w druku, na łamach Kontynenty (47. numer) pod tytułem „Pięć stanów skupienia. Na kirgiskich rubieżach”

