Papież, szmer modlitw podczas Światowych Dni Młodzieży, las wieżowców i słynny Kanał. Plus rajskie wyspy w pakiecie z oceanami i dżunglą.

A z drugiej strony: oszuści z Panama Papers, przerażająca beznadzieja i dwie nietypowe linie, które są symbolem rozdwojenia jaźni, łącząc i jednocześnie dzieląc geograficznie (kraj) oraz historycznie (przeszłość oraz przyszłość). Witaj w Panamie, zdejmij kapelusz, gringo!

Sążnista i krwista relacja z kraju, który wymyka się jednoznacznej klasyfikacji.


ALMIRANTE ZNACZY BEZWŁAD

Aby dostać się do raju, musisz przejść przez czyściec. Bez wątpienia jest nim Almirante, położone na końcu niczego. Zamknij oczy, wyobraź sobie jakąś kosmiczną dziurę, bez jakiejkolwiek alternatywy cywilizacji, z jedną drogą, rozpadającymi się domami, przerdzewiałymi pickupami leniwie wzniecającymi tumany kurzu… i świadomością, że twoje „dzisiaj” będzie identyczne jak „wczoraj”, a „jutro” nie ma perspektyw na inny scenariusz. Otwórz oczy. To właśnie tutaj.

Wiesz, typ miejsca, w którym nawet oddech nie chce ot tak, wyjść z twoich płuc: leniwie wciągasz powietrze, śmierdzące bananami, wilgocią i wspomnieniami porannego jointa, wypalonego przez faceta opierającego się o rozpadającą barierkę przy budynku oznaczonym logotypami Movistar i Sincotavecop… i jakoś nie chce ci się ponownie wypuszczać je na karaibskie klepisko. Kontemplujesz więc ów pejzaż, w głowie układając plan błyskawicznej ewakuacji, zagrożony śmiercią z nudów.


W czasach świetności Almirante żyło z bananów – United Fruit Company zbudowało to miejsce, mając na uwadze dogodną lokalizację jako „port do eksportu” tych tropikalnych owoców. To bezpośredni poprzednicy obecnej Chiquity, słynni ze swoich praktyk neokolonialistycznych. Był czas, że dominowali na rynku bardziej niż Apple ze swoimi iPhone’ami wśród statystycznych klientów Starbucksa. Takie korpo, bez zasad moralnych, za to z monopolem na handel bananami.

Aktualnie? Bezwład i wszechogarniająca bylejakość otoczenia atakuje moje oczy. 90 proc. pobytu wszystkich – poza miejscowymi nieszczęśnikami – w Almirante, to sekwencja: wysiadka z autobusu nocnego z Panama City lub David plus szybki marsz do portu. Po czym następuje obserwacja (w wersji nieuczestniczącej) brzegu, z poziomu rejsu na Isla Colón. Tych znikających wśród gęstych zarośli, odrapanych budynków miasta-pozbawionego-perspektyw, bez jakiejkolwiek ingerencji i śladu chęci w zasmakowaniu życia i kultury jego mieszkańców. Tyle. Wystarczy.

Chciałem zrobić tak samo. Ale nie było mi to dane. Więc grzebię kawałkiem drewnianego patyka w oczkach siatki, stanowiącej barierę między ulicą a fragmentem placu. Po co? Ponieważ poprosił mnie o to José, którego napotkałem po wyjściu z autobusu. Celem jest nadzianie pewnego Amerykanina na zaostrzony koniec kijka. Brodatego – i nadzwyczaj wymiętego – Abe Lincolna. Albo chociaż przyciągnięcie tego pięciodolarowego banknotu nieco bliżej siatki.

José ma drobną dłoń, zmieści ją w oczkach ogrodzenia, a te pięć zielonych będzie pasować do jego nietypowych, zielonoczarnych oczu, stanowiąc papierowy dowód na to, że poranek może się całkiem miło rozpocząć.


Zapytasz, na chuj José ma na głowie czapkę świętego Mikołaja? Doskonałe pytanie. Nie mam pojęcia, cel noszenia tego nietypowego jak na karaibskie klimaty nakrycia głowy pozostaje nieznany: chłopak zna szczątkowy angielski, a fioletowa ozdoba z białymi płatkami śniegu i czerwonymi gwiazdkami, z których część zdążyła odpaść w oczekiwaniu na kolejne święta, tkwiła na jego czaszce już w momencie zawiązania naszej znajomości.

Wróć, zabrzmiało to jakoś poważnie. A było prozaiczne do bólu: José po prostu jeździł na swoim rowerze wzdłuż głównej ulicy, prowadzącej od dworca autobusowego do portu. Tak, jak robił to kilka godzin dziennie. Codziennie. I widząc białasa z plecakiem, który maszeruje w porannym kurzu do portu, nie wiedząc, że prom na wyspy Bocas Del Toro odpłynął pół godziny temu – zaczął machać i pokazywać kierunek na water taxi.

On miał czas i rozrywkę z gringo, ja miałem czas i litrową butelkę coca-coli, po chwili byliśmy już tymczasowymi kolegami, a różnica wieku i bariera językowa nie miała tutaj najmniejszego znaczenia. 10 minut później pokazał mi ten pomięty banknot za siatką, więc zagrała we mnie duma narodowa, i jak to, Polak nie pomoże lokalsowi w dostaniu się do darmowych pieniędzy? Widzisz tego Lincolna na trawie?

Łowienie pieniędzy przez siatkę (c) panpodroznik.com
Łowienie pieniędzy przez siatkę (c) panpodroznik.com

Dorwaliśmy piątaka, potem poszło już gładko. José postanowił spędzić trochę czasu z turystą z Polski i zaprezentować mi wszystkie walory Almirante. Trwało to jakieś osiem minut, całość przybrała formą spaceru do water taxi. Bo musisz wiedzieć, że bez taksówki wodnej byłbym w przysłowiowej dupie. Na szczęście mam już lokalnego przewodnika, a deal został przypieczętowany kolejnymi łykami coca-coli.

José ma stały plan dnia, niczym w zegarku lub dobrej korporacji: wstaje wcześnie rano, zanim przyjedzie pierwszy nocny autobus z Panama City, wsiada na rower i zaczyna bez celu kręcić się po Almirante. To znaczy: dla osób postronnych i niewtajemniczonych, jest to snucie się bez konkretnego powodu. Ale nie dla niego.

Zawsze znajdzie się ktoś (najczęściej o białym kolorze skóry), kto nie wie, że po przyjeździe trzeba bardzo szybko iść w kierunku portu, bo prom pływa tylko dwa razy dziennie, o 7:00 i 12:00. Ale są też wyjątki: przyjedziesz tutaj w niedzielę, spóźnisz się na 7:00… i masz problem, bracie – inny prom już tego dnia nie odpłynie. Ale wtem! Karaibski deus ex machina! Pojawia się José w swojej mikołajowej czapce, mając zdezelowany rower jako erzac, panamski substytut sań i tych śmiesznych reniferów z dzwoneczkami. I odsłaniając swój śnieżnobiały uśmiech, sprowadzi cię na właściwe tory. Nie odwdzięczysz się chłopakowi za przysługę?


Ten przypadek wyżej, to ja. Perspektywa gnicia w tym depresyjnym miejscu przez blisko dobę była z gatunku równie atrakcyjnych, jak wielogodzinne oczekiwanie na samolot w porcie lotniczym Oslo-Sandefjord Torp. Można, ale po co? Na szczęście natura nie cierpi próżni, więc niedobory kursów oficjalnego promu zastąpiły taksówki wodne. Pływają na trasie z Almirante do Bocas del Toro na wyspie Colón, kosztują kilka panamskich balboa (PAB).

Dochodzę do przystani, José jest u siebie, uśmiecha się, rozmawia z miejscowymi, ktoś kieruje mnie do kasy, gdzie czekają już chętni na transport – sądząc po wyglądzie i bagażach, stosunek lokalnych do turystów to mniej więcej 60 / 40 proc. Szukam chłopaka, chcę dać mu jakieś drobne, on kręci głową, pokazuje wymiętą pięciodolarówkę, którą pomogłem mu wydostać zza krat ogrodzenia i obdarza mnie znów tym swoim mikołajowym uśmiechem. Prawie na siłę wciskam mu w jedną rękę kilka monet, w drugą na wpół upitą butelkę coca-coli, robimy sobie zdjęcie na pomoście, łapię za tę absurdalną czapkę, szybkie pstryk, wołają mnie do łódki.

José, mikołaj z panamskiego Almirante. Na pewno też go spotkasz na swojej drodze, jak spóźnisz się na prom do Bocas del Toro. Pozdrów chłopaka!

Jose z Almirante (c) panpodroznik.com
Jose z Almirante (c) panpodroznik.com

W RYTMIE REGGAE, CHMUR I MARIHUANY

Jestem na Isla Colón. W internecie znajdziesz mnóstwo peanów, sławiących „karaibski raj”. Boskie plaże, cudowne wysepki i jeszcze piękniejsze dzikie zakątki. Mniej więcej ten sam zestaw pochwał, co w przypadku archipelagu San Blas, położonego na przeciwległym końcu Panamy.

Czy słuszny? Wysoki Sądzie, składam zdanie odrębne.

Dla tych, którym zależy na czasie, wybudowano lotnisko. Pyk, szybki lot z Albrook w Panama City, kilkadziesiąt minut (i kilkadziesiąt dolarów) później jesteśmy na miejscu. Skutecznie, choć raczej dla bardziej zasobnych w finanse turystów – szczególnie, gdy chcemy kupić bilet praktycznie na cito.

Wszyscy pozostali, w tym ja, bawią się w łamańca, którego elementem jest wielogodzinny przejazd ze stolicy Panamy do wspomnianego już Almirante, a następnie transport drogą morską, promem lub łódką, na którąś z wysp archipelagu Bocas del Toro. Warto? Cóż, 2-3 razy taniej.

Transport na wyspy Bocas del Toro (c) panpodroznik.com
Transport na wyspy Bocas del Toro (c) panpodroznik.com

Same łódki, służące do transportu pasażerskiego na wyspy, są w dość dobrym stanie technicznym – czego nie można powiedzieć o innych „pojazdach wodnych” tuż obok. Obserwuję jacht „Alegria”, cumujący przy odrapanym, zielonkawym budynku, położonym w części na palach i wbijającym się w wodę niczym paskudny klin. Zastanawiam się, jaki kapitan dowodzi tym karaibskim wcieleniem „Mary Celeste”… i ile farby musiałoby pójść na doprowadzenie tej jednostki do poprawnego wizualnego stanu używalności.

Dostałem kamizelkę ratunkową i 10-sekundową instrukcję bezpieczeństwa od „kapitana”. Prościej się nie da. Rzut oka na burzowe chmury, zbierające się na niebie, nie nastrajał wybitnie optymistycznie.

– Jak wpadniesz do wody, to utrzymuj się na powierzchni, krzycz i machaj ręką.

Cóż. Cenię zwięzłość przekazu.

Statek Alegria na wodzie (c) panpodroznik.com
Statek Alegria na wodzie (c) panpodroznik.com

Ale zostawmy już samą drogę na wyspy, porozmawiajmy z Napoleonem. Nie, nie kurduplowatym Francuzem, tylko prawdziwym lokalsem. Ach, jakże to inny typ niż José z Almirante! Istny człowiek-instytucja. Wie wszystko. Umie wszystko. Załatwi wszystko. Jeśli Isla Colón jest udzielnym księstwem, on jest jego błaznem. Transport na inne wyspy? „– Robi się!”. Najlepsze jedzenie i stuff w Panamie? „– Daj mi 15 minut!”. Gdzie łowić ryby? „ – Chłopaku, pokażę ci taaaakie miejsce!”.

Uśmiech nie schodzi z jego twarzy, perfekcyjnym angielskim trajkocze niczym silnik Hondy w motorówce, wciąż robi coś z dłońmi, gestykuluje, moduluje głos, śmieje się, skacze, szepcze. Ma więcej energii niż mała elektrownia atomowa, od razu widać, że żyje dla ludzi. I z ludzi.

Co więcej, posiadł chyba umiejętność bilokacji. Spotykam go pod pomnikiem Simóna Bolívara, irracjonalnie ulokowanym w samym środku dziecięcego planu zabaw, nazwanego oczywiście Parque Simón Bolívar. Kręci się przy Banco Nacional de Panamá, obserwując amerykańskich turystów, którzy wypłacają gotówkę z bankomatu. Puszcza do mnie oko, szczerząc zęby w śnieżnobiałym uśmiechu, gdy wcinam kokosa w La Buga Dive & Surf, gapiąc się na sąsiednią wyspę, Isla Caranero. On już wie, że zrobimy wspólnie interes. Ja jeszcze nie.


Przyjedź na Bocas del Toro, jak chcesz zasmakować stanu nicnierobienia. Tego oblepiającego bezruchu, bez pretensji do losu, w rodzaju „chcę spędzić ten czas intensywnie”. Karaiby w pigułce. Koty, wałęsające się na trasie z przystani promowej na lotnisko. Przepiękne plaże i hamaki na północy wyspy. Resztki wszystkiego-niepotrzebnego, rozpieprzone w zaroślach, na ścieżkach, na drodze, w porcie, wszędzie – sprzątanie zerwałoby ów błogi stan. Zapach czegoś, co kiedyś żyło, a teraz chyba zdechło. Kolorowe szyldy knajp, gdzie gringos wydają swoje dolary na kolejne drinki, miejscowi faceci szukają zarobku lub zwarcia, a lokalne kobiety z charakterystycznym leniwym uśmieszkiem obsługują klientów bez zbytniego pośpiechu.

Właśnie, dolary. Nie ma najmniejszego problemu, aby zostawić w tych rejonach sporo pieniędzy. Skoro już tutaj dotarłeś, na koniec świata, to stać cię na zbytki, nieprawdaż? Wycieczki na malutkie, niezamieszkałe wyspy, wymagające wynajęcia łodzi i lokalnego przewodnika. Odwiedziny Cayo Coral, wędkowanie… albo pobyt w Popa Paradise, które dyskretnie informuje, że „Popa Paradise Beach Resort is the premier Adults Only (18+) resort in the Bocas archipelago, offering visitors the opportunity to experience Barefoot Luxury”. Co tam wolisz. Zmień limity na swojej karcie, zaszalej na Karaibach.

Można też inaczej, backpackersko. I z małą pomocą naszych przyjaciół, jak to śpiewał Joe Cocker, doznać 80 proc. wrażeń za 20 proc. ceny. Zgadłeś, Napoleon.

– Masz takie momenty, że czymś się martwisz?
– Bracie, bez jaj. Czym? Słońce świeci, piwo i dym jest pod ręką, białe turystki lepią się do mnie. Spróbuj sam, a w życiu nie zamienisz tego na coś innego!
– No, ale tak cały czas?
– Tutaj wszystko jest prostsze. Nie myślisz o przyszłości, bo jej po prostu nie ma. Jest teraz. Wyluzuj, patrz, chmury się zbierają. Nici z plażowania, zawijaj się ze mną do Crazy Ceviche, tam będzie fajnie.
– Byłem tam parę godzin temu, dość droga zabawa jak na moją kieszeń…
– Daj spokój! Zaprosił mnie koleś z Cincinnati, jemu dolary z kieszeni dosłownie wypadają i chce się dobrze zabawić. Dawaj!

…następnego dnia, wyganiając demony z mojej głowy, zdałem sobie sprawę z tego, że teraz już wiem, na czym polega imprezowanie na Karaibach w wydaniu miejscowych. Work less, party hard, save (your) money.


Spaceruję po Bocas Del Toro. I czuję, że to miejsce jest jak jajko-niespodzianka: oczekujesz czegoś super, a w środku, zamiast fajnej zabawki, znajdujesz różowe, plastikowe kółko. I to ty jesteś tym frajerem, który trafił zły zestaw. Nie chcę być źle zrozumiany. Dostajesz sto procent Karaibów, z całym dobrodziejstwem inwentarza. Z pstrokatymi domkami, pokolorowanymi przez jakiegoś szalonego malarza, który za punkt honoru przyjął zasadę: „oczojebnie albo wcale”. Z bylejakością, wylewającą się z każdego kąta.

Mijam samochód, który kiedyś był samochodem nie tylko z nazwy, ale i z funkcji, małym i zgrabnym. Ale to było chyba dość dawno, w czasach, gdy był potrzebny – aktualnie jego karoseria mogłaby posłużyć jako rekwizyt na zajęciach z malarstwa i teorii barwy. Wygląda cholernie smutno, szmaty wystające spod jego maski przypominają język zmęczonego życiem psa. Spacerując po raju lepiej nie zaglądać w zakątki, gdzie aniołowie nie trudzą się pudrowaniem rzeczywistości, malowanej uśmiechem i kolorową beztroską. To trochę jak z Malediwami i Maafushi, potrafiącymi dość mocno przeorać wyidealizowany obrazek turystycznych perełek, który pracowicie układamy sobie w głowie, karmieni papką zdjęć w HDR z komercyjnego banku fotografii.

Nie zawsze jest rajsko. Gorzej, jak z tego raju chcemy po prostu uciec, czując, że to nie nasza bajka…

Samochód na Bocas del Toro w Panamie (c) panpodroznik.com
Samochód na Bocas del Toro w Panamie (c) panpodroznik.com

Napoleon może dużo. Ale nawet on poległ w starciu z pogodą. Stalowoszare chmury zasnuły niebo w sposób, który nie przystoi obłokom zwiastującym jedynie chwilowy brak słońca. I wyobraź sobie stupor, w jaki wpadają wszyscy dookoła, te wyluzowane czeredy plecakowiczów z krajów Zachodu, oczekujących krainy wiecznej zabawy i błękitnego nieba, podlanej wygrzewaniem się na karaibskim piasku i rumem Abuelo Anejo – gdy jedyną rozrywką pozostaje wpatrywanie się w prognozy pogody na swoich iPhone’ach, niechybnie pokazujące wyrok śmierci z nudów: będzie padać.


Padało trzy dni. Bez przerwy.


Coconut Hostel, rozmówki polsko-napoleońskie:

– 50 balboa.
– Eee, człowieku, przecież na tabliczce jak byk napisane jest: 30 balboa.
– To cennik umowny, przyjacielu.
– Jak to umowny?! Przed chwilą ta para Holendrów dokładnie tyle zapłaciła za bilety do San Jose. To gdzie tu jest ta umowność?
– Ale oni będą jechać za tydzień. Wtedy będzie już słońce, wszystko wróci do normy, więcej chętnych na przejazd. Ty chcesz jechać dzisiaj, a do Sixaoli daleka droga. Easy.

…i tak sobie dyskutowaliśmy, robiąc przerwy na spacer do lodówki z piwem i dostrajając radio, uwodzące głosem Boba Marleya i The Wailers, doskonale wiedząc, że i tak zrobimy wspólny interes.

Tak, muzyka. Reggae jest fajne. Reggae po dobie ciągłego słuchania jest irytujące. Reggae po trzech dniach ciągłego słuchania powoduje iluzję grupowania – mam tendencję do zauważania wzorców lub korelacji tam, gdzie w rzeczywistości ich nie ma. W tym przypadku: słyszę reggae, rozglądam się za dymem, pochodzącym ze skręta.

Marihuana na wyspach Bocas del Toro jest powszechna jak oddychanie. Charakterystyczny, słodkawy zapach unosi się nad zaroślami i drewnianymi domkami niczym smród łajna z końskiej stajni. Napoleon jest wstrzemięźliwy, pali zioło tylko raz dziennie. Codziennie.

Dobijamy dealu, wychodząc przed budynek. Zapłaciłem 30 balboa, tak jak Holendrzy („– To prezent ode mnie, bracie”). Piwo się skończyło, najbliższy sklep jest zamknięty. Na szczęście w lodówce zostało jeszcze coś do picia: bilety z Isla Colón na granicę Panamy i Kostaryki w miejscowości Sixaola zapijamy coca-colą z wściekle białym napisem: Balboa.

Spotkanie z Napoleonem w Panamie (c) panpodroznik.com
Spotkanie z Napoleonem w Panamie (c) panpodroznik.com

– Raj, nie raj, chuj na to kładę. Dla mnie to codzienność, wy się tym podniecacie.
– Wiesz, na co dzień mamy inne widoki. Jak otwieram rano oczy, widzę inny blok, a nie karaibską roślinność.
– Ja to czasami sobie wyobrażam, że wsiadam na motorówkę, odpływam z Bocas del Toro, wbijam się w autobus do Panama City i tam żyję jak król. Mieszkałbym w jednym z tych wypasionych hoteli w wieżowcach, i miałbym widok na wodę. Donald Trump ma tam swój hotel, wiesz? Nad samym oceanem, taki ogromny budynek, gdzie tłuste Amerykanki zostawiają szmal. I to byłoby coś, czułbym się jak ktoś ważny w Panamie a nie na Isla Colón.
– I nie brakowałoby ci luzu?
– Stary, popylałbym w garniturze zamiast białego podkoszulka. Wszystkie byłyby moje!

Stoimy przed fabryką Chiquity w Almirante, czekając na samochód, który zawiezie nas na most graniczny, plując pestkami granatu w stronę krzywego ogrodzenia i zasieków z drutu kolczastego. Nie wiem dlaczego, ale te nieszczęsne zasieki i banany nasuwają mi skojarzenia zgoła nie licujące z karaibskim chilloutem. Niebo nie odpuszcza, słońce wciąż jest towarem przejściowym i deficytowym, niczym szynka na półce PRL-owskiego sklepu w Polsce, zamieniając Bocas del Toro z miejsca magicznego w kolejną szarą breję otoczoną wodą, jakich wiele.

Napoleon nie zdaje sobie sprawy z tego, że część z jego marzenia już niedługo będzie moim udziałem.

Banany Chiquita za ogrodzeniem (c) panpodroznik.com
Banany Chiquita za ogrodzeniem (c) panpodroznik.com

BIZNES NA MAKSA, CZYLI NIEZŁY KANAŁ

Peany na cześć Kanału Panamskiego? To fascynujący obiekt, świadectwo inteligencji i walki z naturą. Jesteś miłośnikiem inżynierii, transportu i geopolityki? Będziesz po prostu zachwycony – ale wszystkie techniczne detale, historię tej jednej z najważniejszych dróg wodnych świata i cyferki pokazujące jego ważność i wielkość – znajdziesz przecież w encyklopedii. Nie będę powielać tych informacji.

Wróć. Mały wyjątek zrobię dla trzech faktów, które mocno działają na moją wyobraźnię. Pierwszym jest to, że dzięki temu sztucznemu kanałowi wodnemu droga morska z Nowego Jorku do San Francisco skróciła się o… 14 500 km. Drugi? Długość kanału – ponad 81 kilometrów – oraz cierpienia tych, którzy budowali go w latach 1904–1914: według różnych szacunków zmarło 25 000 robotników.

A trzeci? To pieniądze. Panama czerpie dzięki niemu blisko 50 proc. swojego PKB – kilka lat temu, przed poszerzeniem Kanału, czysty zysk wynosił jakieś pół miliarda dolarów rocznie. Teraz jest znacznie większy. Jest się po co schylać, prawda?

Ale ja schyliłem się po znacznie mniejsze pieniądze.


Parking przed śluzą Miraflores, serce Kanału Panamskiego, 13 km od Panama City. Dojazd jest banalnie prosty, sprowadza się do odnalezienia odpowiedniego pojazdu na terminalu autobusowym Albrook w Panama City. Wychodzę z maszyny, upał i wilgoć od razu wali mnie w twarz niczym mokra ściera. Praktycznie od razu po postawieniu stopy na rozgrzanym asfalcie podchodzi do mnie młody, biały chłopak, na oko 25 lat – i płynnym angielskim z bardzo twardym akcentem (Niemiec?) zagaja biznes.

– Chcesz kupić bilet na zwiedzanie Kanału Panamskiego? W kasie kosztuje 15 USD, sprzedam za połowę ceny.
– Hmm, on jest ważny?
– Tak, przez cały dzień. Tutaj jest straszny burdel, nikt nie pilnuje, nie odrywają kodu kreskowego z biletu.
– No i…?
– Jak ktoś już zwiedzi całość, to może na parkingu znaleźć innego turystę i odsprzedać mu ten bilet.
– Niezłe! Czyli płacę tobie połowę ceny nominalnej, wchodzę na tym bilecie… i co dalej?
– Jak to co? Jak skończysz zwiedzanie i będziesz już na parkingu, tak jak ja, szukasz turysty wyglądającego na Amerykanina albo Europejczyka i oddajesz mu bilet za połowę ceny. Wiesz, że tylko obcokrajowców tak golą? Panamczycy płacą za bilet 5 razy mniej!
– No dobrze, a ty skąd wziąłeś swój bilet?
– Od Polaka, przyjechał autobusem z Panama City tutaj, do Miraflores, zaczepił mnie na parkingu. A ty skąd jesteś?

Polak i Niemiec. Na pieprzonym parkingu w Ameryce Środkowej. Cebula deal. Kupiłem. Wykorzystałem. Oddałem kolejnej osobie, Kanadyjczykowi, za połowę ceny nominalnej. Był zadowolony. Ja także.


Chciałbym, aby wszystkie muzea i interesujące – z punktu widzenia turysty – obiekty, były tak przygotowane, jak śluza Miraflores w obrębie Kanału Panamskiego. Film w 3D, muzeum poświęcone historii tego miejsca, możliwość wcielenia się w kapitana statku („panamaksa”), który właśnie dociera do systemu śluz… wreszcie to, co #instagram kocha, czyli rozległy taras widokowy. Całość jest zdecydowanie warta odwiedzin, nawet za pełną cenę biletu, bez dealu na parkingu.

Muzeum Kanału Panamskiego (c) panpodroznik.com
Muzeum Kanału Panamskiego (c) panpodroznik.com

Jeżeli przyjedziesz tu bez planu, po prostu chcąc zobaczyć Kanał – to masz dwie opcje: jesteś szczęściarzem i właśnie na twoich oczach do śluzy wpływa statek… lub nie trafiłeś z czasem i musisz poczekać, niekiedy dość długo. Zgadnij, która bramka przypadła mi w udziale?

Zaczepiam faceta na tarasie widokowym, który wygląda, jakby tutaj się urodził: pewność ruchów i to spojrzenie, mówiące: „To mój teren!

– Średnio w ciągu doby przepływa 36 statków, ale niekiedy mamy tu naprawdę spory ruch. Za godzinę będzie przechodzić dość spora jednostka, zbiornikowiec LPG.
– A jaka największa jednostka tutaj przepływała, już po powiększeniu Kanału?
– Chyba COSCO Development, duży sukinkot, miał ponad 360 metrów.

Pstryk, zdjęcie, drugie, trzecie. „Mister, please!” pod adresem Chińczyków, którzy wchodzą w kard, mając w dupie to, że ktoś inny chciałby mieć fotografię bez skośnych oczu jako bohatera drugiego planu. Telefon, wujek Google, weryfikacja informacji. Ta jednostka, o której mi mówił pracownik Miraflores, ma 366,5 m długości oaz 48,3 m szerokości. Faktycznie, duży sukinkot.

Śluza Miraflores / Kanał Panamski (c) panpodroznik.com
Śluza Miraflores / Kanał Panamski (c) panpodroznik.com

„P” JAK PAPIEŻ, „P” JAK PORUTA, „P” JAK PANAMA PAPERS

Papa. Pope. Papa Francesco. Nie ma takiej możliwości, abym nie usłyszał tego przynajmniej kilkadziesiąt razy dziennie. Najczęściej występuje w kombinacji z czymś, co w ustach Panamczyków słabiej władających językiem angielskim – a jest ich cała masa, do kosza wyrzućcie informacje, że w Panamie wszyscy pięknie i płynnie w mowie Szekspira cisną – brzmi jak „łorjutdej”. Każdy tu czeka – niczym Estragon i Vladimir – na Godota, którym jest magiczny łorjutdej. I wszystko można tymże łorjutdejem wytłumaczyć.

…wychodzę z terenu portu lotniczego Tocumen, o mało co nie łamię nogi, potykając się o wystający kawałek płyty chodnikowej, używam wyrazów powszechnie uznawanych za obraźliwe, podchodzi Panamczyk i opowiada mi, że teraz to jest bałagan, ale na łorjutdej wszystko będzie na cacy, trawę na zielono pomalują, jak będzie trzeba. A chyba będzie.

…smród w niektórych dzielnicach Panama City jest przeokrutny. Przechodzę i zatykam nos, ale wiem, że to tylko przejściowe, bo jak będzie łorjutdej, to zapewne miejscowi wszystko pięknie wymyją, wysprzątają i mucha nie będzie siadać.

…w chickenbusie (typ autobusu, najczęściej przerobiony amerykański autobus szkolny – przyp.aut.) na cały regulator włączona jest muzyka, przerywana wiadomościami, gdzie natężenie słowa papa (papież) przybiera postać obsesji.

…czterogwiazdkowy hotel Sercotel Panama Princess, w samym sercu Panamy. Okna są brudne do granic możliwości, wodę widziały ostatni raz podczas solidnego deszczu, a zrobienie zdjęcia przez szybę jest tym samym typem doświadczenia, jak założenie mocnego filtru na obiektyw. Kąśliwa uwaga w recepcji skutkuje znaną mantrą: nic to, na łorjutdej całość będzie lśnić, sprzedana dla młodzieży z całego świata lub ich opiekunów w koloratkach za ciężkie pieniądze.

…a na razie mogę tylko złorzeczyć, widząc totalny bajzel, brak przygotowania, wizji, wszystkiego. Panama to jeden wielki miks z dominującą literą „P”: porządek miesza się z porutą, a Papież próbuje przykryć aferą Panama Papers. Lub takie są przynajmniej starania tych, którym nie w sosie, że machlojki biznesowo-światowe wyszły na jaw.

Łorjutdej. World Youth Day. Światowe Dni Młodzieży. Ostatni tydzień stycznia 2019 r., na który Panamczycy czekają niczym Wellington na armię Blüchera pod Waterloo.


Panama City sprawia wrażenie bardzo bogatego miasta. Stolica, to zobowiązuje. Las wieżowców, w stylu frankfurckiego Skyline czy azjatyckich metropolii – zachowując oczywiście proporcje – budzi wrażenie. Spaceruję nieśpiesznym krokiem po alejkach, równoległych do Ciclovía Cinta Costera, bezpośrednio nad Oceanem Spokojnym, a przed oczami mam imponujący pejzaż świateł, szkła i budynków. Jednym z punktów, wyróżniających się w tej panoramie, jest Plaza Paitilla Inn – kilka godzin wcześniej, po wejściu do mojego pokoju w tym hotelu, spędziłem blisko 15 minut z twarzą przy panoramicznej szybie. I nic nie mówiłem, tylko chłonąłem widok. Nie obraziłbym się, gdyby tego typu obrazek za oknem budził mnie codziennie.

Włócząc się po Casco Viejo, zastanawiam się: na ile to, co widzę, jest realne. Eleganckie sklepy, pieczołowicie odrestaurowane budynki kolonialne, modne knajpy, mister-kup-kapelusz… i siup, przymiarka klasycznej „panamy” na głowie. A z drugiej strony, przed oczami wciąż mam to, czym przywitała mnie północno-zachodnia Panama, ten wszechogarniający bałagan i bylejakość na Bocas del Toro. Zresztą, daleko szukać: okolice Albrook wyglądają jak bieda-miasta w Boliwii, tylko las wieżowców w tle zaburza to postrzeganie.


Ulice Panama City? Misz-masz luksusowych terenówek, którymi przemykają beneficjenci sukcesu Panamy jako regionalnego centrum biznesu – i gratów, często bez jakiejkolwiek rejestracji, nawet z tyłu, które jeżdżą tylko na słowo honoru, a próba policzenia dziur w karoserii okazałaby się wyzwaniem ponad siły typowego absolwenta matematyki na AGH. W sumie to cały ten kraj spięty jest przerdzewiałą agrafką, która z daleka świeci się niczym diamentowa zapinka, ale wystarczy mocniej szarpnąć… i wiesz, co się stanie.

Luksusy dzielnicy białych kołnierzyków, hoteli należących do obecnego prezydenta Stanów Zjednoczonych, tego lśniącego czystością centrum handlowego i licznych kasyn kontrastują z miejscami, gdzie bez noża lepiej się nie zapuszczać


– A potem wszystko jebło. Komuś zależało na tym, aby skompromitować Panamę jako miejsce do robienia biznesów. Duże pieniądze lubią ciszę. Chyba nie wierzysz, że cały ten wyciek tylu dokumentów z Mossack Fonseca to był zwykły przypadek?!

Piję kawę nieopodal budynku World Trade Center w Panamie, ciesząc się promieniami słońca i uważnie słuchając mojego rozmówcy. Wzburzenie na twarzy – i w głosie – Mosesa nie jest udawane. Moses pracuje w kancelarii podatkowej, jednej z wielu w Panama City. Patrzę w jego twarz, obserwuję sposób gestykulacji, dobór słów, cały ten jazz… i mam podejrzenie graniczące z pewnością, że w oryginalnych dokumentach identyfikacyjnych Moses nie jest Mosesem, tylko swojskim Mosze lub Mojżeszem. To nie jest w jakikolwiek sposób obraźliwa supozycja, to prosta konstatacja: Żydzi stanowią istotny element układanki pod tytułem „Biznes w Panamie”.

Moses ma rację: publikacja Panama Papers w połowie 2016 r. to był granat wrzucony w szambo. Ujawniono dokumenty i aktywa polityków, biznesmenów, urzędników państwowych… i wszystkich innych osób, które za pomocą panamskiej kancelarii podatkowej i prawnej Mossack Fonseca szukały możliwości „optymalizacji lokowania pieniędzy w rajach podatkowych”. Czy to tylko problem samej Panamy? Ależ skąd, zerknij na mapę: na czerwono zaznaczone są kraje, z których pochodzą liderzy polityczni, oficjele, biznesmeni i członkowie ich rodzin – i wszyscy oni zostali „umoczeni” w Panama Papers. Widzisz kolor Polski? Piskorski, Walter, Profus…

Cóż, ostro:

Mapa zasięgu Panama Papers (c) wikipedia.org
Mapa zasięgu Panama Papers (c) wikipedia.org

PANAMSKA CODZIENNOŚĆ

Mija mnie Indianka z plemienia Kuna. Jej strój kosmicznie odcina się od garnituru faceta idącego kilka metrów przed nią oraz turystów, ubranych jak każdy turysta: w byle co, aby jeszcze nie śmierdziało, najczęściej pogniecione t-shirty i dżinsy. To doskonały przykład tego, jak sacrum miesza się z profanum. Widzę oszałamiające, kolorowe, wręcz pstrokate ciuchy, opaskę na głowie, spódnicę z wściekle żółtymi zdobieniami, oryginalne ozdoby na nogach i rękach. Głowę mam nabitą historiami o tajemniczym plemieniu Indian na pograniczy Panamy i Kolumbii, cieszącym się dalece idącą autonomią w ramach Kuna Yala, taką comarką tubylczą, wyobraźnia pracuje…

…ale coś mi nie daje spokoju. Podświadomie czuję, że są elementy, które nie pasują do pozostałych, niczym koleś w butach New Balance na przyjęciu, gdzie obowiązuje ścisły dress code i stylizacja w wydaniu „white tie”. Pomyśl. Indianka, rzadkie plemię, odległość od cywilizacji, ubiór, zapewne mówi w jakimś gardłowym, lokalnym narzeczu – i została przywieziona do stolicy wozem zaprzężonym w parę osłów lub innych zwierzaków pociągowych.

Pudło. Owszem, przyjechała wozem. Nowym Mitsubishi Outlanderem. A w dłoni ma nowoczesnego smartfona, wściekle napieprzając do swojego rozmówcy po angielsku. Ze strzępków rozmowy podsłuchuję, że czeka na grupkę Szwedów, których ma zabrać z Panama City na archipelag San Bias. Czysty biznes, romantyczne wyobrażenia o nieskalanych współczesną cywilizacją plemionach właśnie szoruje o trotuar Casco Viejo. Droga zabawa dla turystów: jednodniowy wypad ze stolicy kosztuje 120 USD, wyjazdy z noclegiem, typu „pure authentic Kuna Yala experience”, mają cenę za którą jestem w stanie przejechać przez całą Gwatemalę i Nikaraguę na dokładkę.

Na własne oczy przekonuję się, czym jest okcydentalizacja, przejmowanie wzorców kultury krajów cywilizacji zachodniej – i ich powszechna akceptacja. Szukasz czegoś innego? Pozostają ci chyba tylko Andamany i Sentinel Północny.

Indianka z plemienia Kuna (c) panpodroznik.com
Indianka z plemienia Kuna (c) panpodroznik.com

Stoję przed hotelem Donalda T. Miłośnikom teorii spiskowych i podejścia → „to wina Tuska!” śpieszę wyjaśnić: nie, nie Tuska. Trumpa. Tego rudego, opalonego faceta, aktualnie zajmującego fotel w Białym Domu. Dojechałem tu chickenbusem – tym cudownym środkiem lokomocji, zwanym niekiedy pieszczotliwie cementerio en movimiento (hiszpańskie określenie, cmentarz na kołach – przyp.aut). Są wszędzie, stanowiąc immanentny element krajobrazu Panamy.

Rozpadające się amerykańskie szkolne busy, pomalowane w każdy możliwy kolor, aby był krzykliwy. Przygotuj się na szok estetyczny. Napis „Wierzę w Jezusa” może sąsiadować z gołą panią, posiadającą piersi większe od standardowych kokosów. Nie ma takiego kiczu, bezsensownej różowej naklejki czy frędzelków, których nie da się zobaczyć w tego typu pojeździe.

Wnętrze chickenbusa może wzbudzić w tobie tęsknotę za świętami Bożego Narodzenia – nagromadzenie lampek i świecidełek choinkowych jest większe niż w wiosce Mikołaja nieopodal fińskiego Rovaniemi. Dorzuć do tego potworną ciasnotę („– jedziemy jak kurczaki!”), ryczące na cały regulator radio, serwujące miks hiszpańskojęzycznego popu, hip-hopu i reggae. Jest kultowo. I oryginalnie.

Ach, zapomniałem o jeszcze jednej osobie! W chickenbusie równie ważny jak kierowca jest ayudante. To pomocnik kierowcy, najczęściej młody chłopak, które pełni rolę naganiacza, biletera, informacji turystycznej, megafonu i zapowiadacza. Jego głos będziesz znać na pamięć, wydziera się co chwilę, informując na przystankach o trasie przejazdu i powodując protesty twojej trąbki Eustachiusza.


– Tu jest tak jakby luksusowo” – ciśnie mi się na usta, bo gapię się właśnie na fasadę hotelu Donalda Trumpa. Wszystko lśni czystością, w powietrzu unosi się zapach dolarów, wcale-nie-taki-dyskretny-napis wali po oczach przed wejściem, informując wszystkich, że to Trump Ocean Club International Hotel & Tower. Całość ma być rychle zmieniona w Marriott, aby nie licowała z jakże poważnym urzędem prezydenta Stanów Zjednoczonych. Co ciekawe, ten pięciogwiazdkowy hotel można niekiedy ustrzelić w systemach rezerwacyjnych za stosunkowo niewielkie pieniądze – biorąc oczywiście pod uwagę relację jakości do ceny.

Takich budynków w Panama City jest więcej. Las wieżowców, z którego niektórzy są dumni, a inni uważają, że jest to ewidentne świadectwo życia ponad stan. Nie dla psa kiełbasa, ponad 50 proc. społeczeństwa klepie ostrą biedę. Dla innych, w tym także turystów i biznesmenów, są kasyna, hotele, resorty. I nie widać, aby świeciły pustkami.

Panama City (c) panpodroznik.com
Panama City (c) panpodroznik.com

Zafascynowała mnie czynność na pozór banalna. Kupno biletu na dworcu autobusowym w Panamie. Do San Felix, David, Changuiroli, Kostaryki, gdziekolwiek. Wchodzę do budynku dworca i widzę zmęczonych ludzi w zmęczonych pozach, wymiętych jak kartka papieru w rękach uczniaka. Wcześniej, zanim tu trafiłem, mijałem brzydkie domy, spięte siecią kabli dostarczających elektryczność. Całość przypomina monstrualną pajęczynę, z powieszonymi za sznurówki butami, dyndającymi z tej plątaniny jak medale w mało znaczącej konkurencji.

A na dworcu? Wchodzę i mimowolnie powstrzymuję śmiech. Zaparowane szyby poszczególnych boksów wyglądają jak specyficzny rodzaj sauny, w takim pudełku musi być milion stopni. Generalnie, amplituda temperatury między klimatyzowanymi pomieszczeniami i tym, co jest na zewnątrz, bywa po prostu kosmiczna. Ale to nie sauna, w środku siedzą znudzeni pracownicy, małe żuczki, którzy każdą czynność celebrują niczym chrzest dziecka: wypisanie biletu trwało blisko 5 minut. Cóż, poważne zadanie.

Dworzec autobusowy w Panama City (c) panpodroznik.com
Dworzec autobusowy w Panama City (c) panpodroznik.com

Odwiedziłem raj i czyściec, czas na piekło.


COLÓN. TRZY KRĘGI PIEKŁA

– Przepraszam, ale musisz schować aparat. To dla twojego bezpieczeństwa.
– Dlaczego?
– Bo jak ktoś zauważy, że masz go na wierzchu, w dłoni, to spróbuje go zabrać.
– A jak nie oddam?
– Odetnie ci rękę z aparatem, wyrzuci niepotrzebną dłoń i zostawi sam aparat.

Rada z kategorii: Chryste Panie, co tu się dzieje?! Jeszcze dwie godziny temu spacerowałem po centrum Panama City, w otoczeniu wieżowców, restauracji z menu degustacyjnym za 90 USD i samochodów terenowych, błyszczących chromem i lakierem. Teraz? Przeniosłem się znad Oceanu Spokojnego na wybrzeże Morza Karaibskiego. Fascynująca sprawa: dwa wielkie akweny tak blisko siebie. 70 kilometrów, godzina jazdy. I… inny świat. Uwierz mi, nie zobaczysz tego w relacjach z Panamy i przebitkach telewizyjnych, chwalących Światowe Dni Młodzieży i papieża Franciszka.

Colón ma wszystko, aby być turystyczną perełką. Piękne budynki z czasów świetności miasta, w których mieszkali miejscowi notable i kupcy. Wspaniałe położenie. Historię, częściowo zahaczającą także o polskie ślady – to właśnie tutaj Henryk Sienkiewicz umieścił akcję swojej noweli „Latarnik”, którą byłem (ja, ty, każdy!) katowany w czasach szkolnych. Ówcześnie miasto zwało się Aspinwall. Teraz to Colón. I, bracie, przyjeżdżając tutaj nawet na kilka chwil, uważaj, gdzie kierujesz swoje kroki.

Miasto Colon w Panamie (c) panpodroznik.com
Miasto Colon w Panamie (c) panpodroznik.com

Smród. Nieznośny fetor, który dla europejskiego, turystycznego, nieprzyzwyczajonego do tego typu wrażeń nosa, jest pierwszym kręgiem piekła. Brzydki zapach nie jest problemem, znam się z nim aż za dobrze, w podróży często jestem brudny, spocony, woda służy niekiedy tylko do picia a nie do mycia. Ale, na litość boską, odróżniam zapach nieświeżego ciała od smrodu, który powoduje, że zaczynają mnie szczypać oczy!

Colón czuję z daleka. Gdyby smród wydzielał dym, nad niektórymi dzielnicami tego portowego miasta unosiłyby się gęste chmury, niczym w trakcie pożaru lasu albo przed burzą. Trudno określić, co w nim dominuje: rozkładające się jedzenie, rozrzucone po okolicy? Zapaszek śmieci nieorganicznych? Fetor uryny? Odór buchający wprost z zapuszczonych budynków i zrujnowanych klatek schodowych? Wyziewy unoszące się z dziur w ziemi, ekshalacja drażniąca zmysł powonienia? Całość jest zmiksowana niczym koktajl w dobrym barze – i stanowi iście piorunującą mieszankę, której mój nos długo nie zapomni.


Drugim kręgiem piekła są budynki. Tego nie da się opisać, tego nie da się odzobaczyć. Wysiadłem z chickenbusa w centrum Colón, próbując wtopić się w tłum. Awykonalne: dookoła sami ciemnoskórzy „panamanians”. Idę główną ulicą, kierując się na Parque 5 De Noviembre i katedrę Inmaculada Concepción. Czuję, jak obcym elementem tu jestem, w tych okolicznościach przyrody.

Doskakują do mnie dzieciaki, które natarczywie dopraszają się pieniędzy. Nie ma zmiłuj, łapią za rękaw, szarpią za nogawki spodni, w swoją stronę widzę skierowany las małych rączek. Jak mantrę powtarzam: „no tengo dinero”, ale to nie działa. Jak to: bogaty białas i bez kasy?! Bez żartów.

Chickenbus w Colon (c) panpodroznik.com
Chickenbus w Colon (c) panpodroznik.com

Próbuję się od nich uwolnić, skręcam w pierwszą uliczkę w lewo, przechodzę jakieś 30 metrów, widzę PIĘKNE budynki, które są tak cholernie zapuszczone i zniszczone, że mogłyby grać w filmach katastroficznych, wyciągam aparat – i w tym momencie podjeżdża do mnie para policjantów, mówiąc o bezpieczeństwie i odrąbanej ręce. Podziałało, i to jak! Wizje w głowie, ręce lekko drżą, resztę zdjęć w Colón zrobiłem telefonem komórkowym, nie afiszując się z nim zbytnio.

Ale o budynkach była mowa. Tak, są piękne, pokazują, jak to miasto mogło wyglądać kiedyś: solidne zbudowane, z rzeźbieniami, balkonikami, podcieniami, werandami. Co z tego, skoro wszystko jest, cóż, nie bójmy się tego określenia, rodem prosto ze slumsów. Budynki dosłownie rozłażą się w szwach, rozsypują, drewniane werandy za chwilę się zawalą, płaty farby i elewacji schodzą niczym strupy z bezdomnego psa.

Wygląda to strasznie, a szczególny rodzaj uczucia ogarnia mnie, gdy widzę kontrast między na wpół spalonymi i zgniłymi obiektami, a bryłą katedry. Oba miejsca dzieli 30 metrów…


Przymykam powieki i wyobrażam sobie, że diabeł kulawy, Asmodeusz, ze swoim płaszczem, odkrywającym wszystkie sekrety, połączyłby swe siły z Bobem Budowniczym. Jeden odkrywałby, drugi – naprawiał. I wszystko byłoby tutaj jak kiedyś, nowe, piękne, kolorowe. Na razie jest – zachowując proporcje – jak w Kutnie na dworcu z czasów PRL.

…czy byłeś kiedyś w Kutnie na dworcu w nocy? Jst tak brudno i brzydko, że pękają oczy

Kult, Polska, 1992

Tam mieszkają ludzie. Żyją, śpią, gotują i jedzą, uprawiają seks, kłócą się, wyrzucają śmieci bezpośrednio za okno. Grają telewizory, huczy reggaeton, cały ten syf potęgowany jest świadomością, że dla nich to codzienność. Witaj w prawdziwej Panamie, gringo.

To ci, którzy nie są beneficjentami rozwoju Panamy. Ci, których rozkład dnia zawiera kilka klasycznych pozycji, niczym w barze mlecznym: serwowany jest brud, beznadzieja i przestępczość. Dla nich jestem kimś z kosmosu, urwałem się z planety Neptun, przylatując na ich swojską, śmierdzącą asteroidę.


Wspominam ludzi? To oni są trzecim kręgiem piekła. W Colón są miejsca, gdzie spotkasz normalnych mieszkańców: to dzielnice handlowe, okolice strefy kanału. Ale dominuje margines społeczny i język, od którego więdną uszy. Spojrzenia nie wyrażają ciekawości, lecz ledwo co skrywaną wrogość. Niechęć wyziera z przekrwionych oczu, chęć zarobku – nawet sposobem rabunkowym – może przesłaniać zdrowy rozsądek, przekleństwa ścielą się gęsto jak dywan z kwiatów na brukselskim Grand Place w sierpniowy dzień.

Uciekam ze slumsów, przechodzę obok restauracji, chcąc odpocząć psychicznie, odetchnąć, zaczerpnąć nieco mniej zatęchłego powietrza. Gwar podniesionych głosów, jak w Turcji, gdzie nawet normalna rozmowa dla osoby postronnej brzmi jak kłótnia. Ale tu jest na ostro.

¡Ésta comida sabe a mierda! (to jedzenie smakuje jak gówno)
– ¡Eres un idiota! (idiota)
– Bebida está asquerosa… (cola przypomina szczyny)
– ¡Eso es una estupidez! (gówno prawda)
– ¡Éste lugar es horrible, el servicio apesta! (ten lokal to jakaś obrzydliwa nora, obsługa jest do dupy)
– ¡Arreglemos esto afuera! (chodź, załatwimy to na zewnątrz)

…i za chwilę na moich oczach kelner z restauracji Nuevo 2 Mares, tuż przy centralnej ulicy Paseo del Centenario, zaczyna tłuc się z rosłym Metysem, klientem lokalu. Dookoła wrzawa, wszyscy krzyczą, dwóch kolesi wymachuje pięściami jak cepami, ktoś rzucił talerzem, tłum gęstnieje, nikt nie kwapi się do rozdzielania kelnera i klienta, za chwilę zaczną chyba przyjmować zakłady jak na walkę MMA, cała sytuacja robi się na serio mocno niebezpieczna. Prewencyjnie oddalam się na sąsiednią ulicę, Calle 6ta, zastanawiając się: czy to bieda i beznadzieja rodzą taką pierwotną agresję?


LOTERIA TO ŻYCIE

Jest środa, a w Colón – jak w każdym mieście w Panamie – trwa szaleństwo loterii. To nie jest jakaś specjalna środa, wyjątkowy dzień. Tak samo wygląda to w KAŻDĄ środę. I w niedziele również. Dwa dni w tygodniu, które dla wielu obywateli Panamy są sponsorowane przez emocje związane z losowaniem. To coś, co przyjmuje rozmiary szaleństwa, a będąc ciekawym świata, nie mogłem przegapić możliwości zgłębienia tematu bezpośrednio na miejscu – pochłaniając emocje grających jak pies Reksio szynkę.

Nie musiałem specjalnie szukać samego serca rozgrywek: kupony na loterię sprzedawane są wszędzie. Ulice zastawione są stołami z wetkniętymi kuponami, mobilni sprzedawcy mają ze sobą całe naręcza losów, spacer po panamskich ulicach przypomina tor przeszkód, gdzie wzmiankowanymi barierami są tablice i przyczepione do nich karteluszki. Niewiarygodne.

Sorteo Miercolito to… cyferki i literki. Przykład? 15 maja 2019 r. wynikiem loterii była kombinacja: 5191 seria ABCD. Chcesz sprawdzić aktualne wyniki? Wejdź → tutaj. Ale jak w to grać?

Loteria w Colon (c) panpodroznik.com
Loteria w Colon (c) panpodroznik.com

– Ernesto, o co w tym chodzi?
– Wybierasz, kupujesz, czekasz, wygrywasz! Prościej się nie da.

Ech… no i pogadali. Ale rozumiem, że Ernesto jest zajęty, pot spływa mu po zielonej koszulce polo, część losów jeszcze nie jest sprzedana, chociaż i tak jego stanowisko wygląda na wpół puste, w porównaniu z sąsiadem tuż obok. Ernesto przypomina nieco niezapomnianego Michaela Clarke Duncana z „Zielonej Mili”, a jego spokojne usposobienie i łagodny głos tylko potęgują to wrażenie. Postanowiłem uzbroić się w cierpliwość i poczekać, aż Ernesto będzie mieć wolniejszą chwilę na wyjaśnienie tajników panamskiej loterii.

Doczekałem się.


– No dobrze, mam los, namówiłeś mnie na zakup. Wydałem 1 balboa, co za to dostanę oprócz emocji?
– Jakie masz cyfry na kuponie?
– 8915.
– A dlaczego właśnie te?
– Yyy… no jak to dlaczego? Wybrałem pierwszy kupon z twojej puli i takie miał nadrukowane cyfry…
– Gringo, nie tak się robi. Szczęściu trzeba dopomóc. Jaka jest twoja ulubiona liczba dwucyfrowa?
– (dłuższa chwila, podczas której intensywnie myślę) Kurde, nie wiem, może 11, bo to liczba pierwsza, tak mi teraz przyszła do głowy.
– A ja mam 49 lat. Więc 49. Składamy to w całość, masz 1149. I szukamy kuponu z taką liczbą, moment, może mam gdzieś tutaj.
– Zaraz, poczekaj, nic nie rozumiem!

Zasady rządzące loterią są proste. Tu nie podaję swoich cyfr, a jednocześnie nie muszę zdawać się na ślepy los. Każdy kupon ma wydrukowaną liczbę, składającą się z czterech cyfr, od 0001 do 9999. Mam do wyboru: znaleźć kupon, na którym wydrukowana jest moja szczęśliwa liczba, lub wybrać sobie u Ernesto bądź dowolnego innego sprzedawcy kupon z dostępnej u niego puli, widząc wszystkie przeznaczone do sprzedaży kupony-liczby.

Już wiem, dlaczego kupony są rozłożone u ulicznych sprzedawców w taki sposób, aby było widać wydrukowany na nich numer. I dlaczego do handlarzy ustawiają się kolejki chętnych na zakup, szukających tego KONKRETNEGO numeru, przynoszącego im szczęście. Wygląda to na skomplikowany mechanizm, a w praktyce jest banalnie proste, aczkolwiek powodujące ogromne „zatory ludzkie” na chodnikach i miejscach sprzedaży losów.

Kuponów jest mnóstwo, sprzedających jeszcze więcej, nie ma limitów dotyczących zakupów… więc jak nie znajdę losu z wydrukowaną ulubioną kombinacją, to idę do kolejnego sprzedawcy i bawię się w przebieranie. Co lepsze: skoro pula możliwych kombinacji jest ograniczona (maksymalnie 9999 możliwości), to taka sama liczba występuje na wielu wydrukowanych kuponach.

Zamknij oczy i wyobraź sobie podekscytowaną panią w średnim wieku, z Panamy, która trzyma w garści zdobyte cztery losy z liczbą, stanowiącą jej datę urodzenia – i biega od stoiska do stoiska, szukając u kolejnych sprzedawców losu ze swoją ulubioną kombinacją. Otwórz oczy. To dzieje się naprawdę, ludzie potrafią polować nawet i na 10 kuponów z taką samą liczbą, a pani, o której wspominam, o mało mnie nie stratowała na skrzyżowaniu Av Bolivar i Paseo del Centenario w Colón.

Loteria! Spróbuj szczęścia, gringo! (c) panpodroznik.com
Loteria! Spróbuj szczęścia, gringo! (c) panpodroznik.com

Skąd biorą się te tysiące sprzedawców kuponów? I dlaczego rozstawiają swoje stanowiska w każdą środę i niedzielę od bladego świtu? To jeszcze lepsza historia: generalnie wszystkim zarządzają „billeterio” – nazwę ich hurtownikami – którzy mają prawo kupić w głównej siedzibie La Loteria Nacional specjalne „pakiety-książki” (wykładając pewną kwotę jako kaucję i mając ograniczenie w wysokości 5 pakietów-książek na osobę), zawierające kupony. Jeżeli w losowaniu padnie liczba, która była wydrukowana na kuponie lub kuponach będących w posiadaniu billeteriodany hurtownik otrzymuje określony procent wygranej.

Czy sami billeterio zajmuje się sprzedażą kuponów? Ależ skąd, oni dogadują się z dziesiątkami innych sprzedawców – nazwę ich dla odmiany detalistami – którzy biorą od nich określoną pulę kuponów i fizycznie sprzedają je na ulicach, w każdym możliwym miejscu. I to jest odpowiedź na pytanie, dlaczego zajmuje się tym tak dużo ludzi. Co za to mają? Billeterio „odpala im” część ze swojej działki, w przypadku wygranej danego kuponu.

Najfajniejsze dopiero przede mną: losowanie jest transmitowane publicznie w telewizji, radiu i internecie w każdą środę i niedzielę o godzinie 13:00 – więc w celu uniknięcia oszustw, wszystkie niesprzedane kupony muszą wrócić do siedziby loterii na godzinę przed losowaniem. Rozumiesz, detalista musi rozliczyć niesprzedane losy hurtownikowi, a ów billeterio musi oddać je najpóźniej do południa. Samo ceremonia losowanie to tak naprawdę… trzy tury, zwane sorteo. W każdej jest losowana jedna liczba. I od tego, w której turze padnie (o ile mam szczęście) moja liczba, taką kwotę wygram. Nagradzana jest nie tylko pełna kombinacja – w moim przypadku 1149 – ale także pierwsze trzy numery, ostatnie trzy numery i kilka pomniejszych możliwości.

Ogarnięty żądzą hazardu, zacząłem się zastanawiać, jaką kwotę wygram. Usłużny Ernesto podpowiedział mi, że posiadanie kuponu z wylosowaną liczbą (w pierwszym losowaniu) to wygrana 2000 PAB. W drugim sorteo – 600 PAB, w trzecim – 300 PAB. Gdy będą zgadzać się tylko trzy pierwsze cyfry, zarobię 50 PAB. A pierwsze dwie? Do kieszeni wpadnie mi 3 PAB. A ponieważ balboa panamska równa jest dolarowi amerykańskiemu, łatwo policzyć, że główna wygrana to około 7600 PLN. Masz 5 kuponów z wylosowaną liczbą? Mnożysz swoją wygraną x 5.

Jedź do Panamy, zagraj na loterii. Może tobie się poszczęści. Mi nie wyszło.


BÓG I AMERYKA

Samolot ze stolicy Kostaryki, San Jose – do Panama City. Za oknem widzę słynny przesmyk, początek Kanału Panamskiego. Rozmawiam z Juanem Carlosem, który także podróżuje wysłużonym Fokkerem 100 linii Air Panama.

– Nie mieliśmy czasu się wzbogacić. Mieliśmy za to czas się modlić i umierać. Oderwaliśmy się od Kolumbii, bo pomogli nam w tym Amerykanie ponad 100 lat temu. I zapłaciliśmy za to słoną cenę.
– Jaką?
– Widzisz ten kanał?
– Jak mam nie widzieć, przecież właśnie robię mu zdjęcie z góry…
– Nasza duma. Ale pieniądze nie nasze, tylko Ameryki. Od momentu powstania kanału, to oni czerpali z niego zyski.
– Co?
– Tak, kilkadziesiąt lat pompowali z nas wszystko, co mogli. Dostaliśmy od nich w prezencie dyktatora Noriegę, który był agentem CIA, pilnowaliśmy ich interesu tutaj, w Ameryce Środkowej. Ale do kanału i zysków nie mieliśmy dostępu, taka była umowa. Kochana Ameryka, nasz dobry wujek, wyssała nas do cna.
– Żartujesz!
– A wyglądam, jakbym żartował?

Sprawdziłem. Oficjalne przekazanie Panamie prawa do terenu Kanału, który dzieli ich kraj, nastąpiło w 1999. Przez 85 lat pełnię zysku z całego biznesu czerpał Wielki Brat, owijający się sztandarem z paskami i gwiazdkami. Stany Zjednoczone od zawsze umiały dbać o swoje interesy.

Bez komentarza.

Kanał Panamski widziany z góry (c) panpodroznik.com
Kanał Panamski widziany z góry (c) panpodroznik.com

Bóg. Biznes. Beznadzieja. Zakręć kołem, masz szansę w losowaniu Panamskiej Ruletki. Chcesz sam Biznes? Proszę bardzo, ale możesz wybrać go tylko w pakiecie z Bogiem i Beznadzieją.

Nie prowadzimy sprzedaży oddzielnej.


Reportaż został również opublikowany – w skróconej wersji – w druku, na łamach Kontynenty (49. numer) pod tytułem „Trzy światy: Bóg, Biznes, Beznadzieja”

Panama w Kontynentach (c) panpodroznik.com

Comments are closed.