Smugi brudu na szybie układają się w szarobure pasy, niczym motyw ludowy na kawałku tkaniny. Za oknem przemykają widoki, które urywają głowę. Czuję przestrzeń, reguluję oddech, odnotowuję kolejne przepaście i mosty nad nimi. Oczy przyzwyczajają się do stałego rytmu – wyznaczanego przez ciemność, tunele, jasność, góry, rozlewające się plamy światła. Na stoliku w przedziale, owinięte w zatłuszczony papier, czekają pachnące resztki prezentu, który sprawiłem sam sobie tuż przed odjazdem. To była budka z pljeskavicą, to było w innym kraju, to było kilka godzin temu, to było pyszne. Tymczasem dźwięczne laku noć (dobranoc) zmieniło się w melodyjne dobro jutro (dzień dobry).
Nazywają go podniebnym ekspresem. Z drugim określeniem mógłbym polemizować. Z pierwszym – nawet nie zamierzam. Całość to przygoda w czystej postaci.