Opadł już pył i kurz po jubileuszowej, 60. edycji największych targów turystycznych świata. Do Berlina, na ITB 2026 przyjechali przedstawiciele znakomitej większości krajów figurujących na liście członów ONZ. To praktycznie cały świat w jednym miejscu. Ale czy tego typu targi w dobie zrównoważonego rozwoju, rozwiązań IT ułatwiających promocję i komunikację oraz sztucznej inteligencji zaprzęgniętej do marketingu turystycznego na poziomie miast, regionów, państw – mają jeszcze sens?
Wybrałem się do Berlina. Wróciłem. I stwierdzam: ta edycja była inna niż wszystkie poprzednie. Kilka dni po ich zakończeniu, mając pod powiekami feerię różnorodności, która była widoczna na stoiskach wystawców, po odbyciu dziesiątek rozmów i wydeptaniu łącznie kilkudziesięciu tysięcy kroków w halach Messe Berlin – mogę pokusić się o kilka uwag, bez polityczno-turystycznego lukru poprawności oraz bez pudrowania rzeczywistości. Aby pokazać pełen ogląd sytuacji, całość impresji wzmacniam opiniami tuzów branży turystycznej.
Zatem: co z tym Berlinem i ITB 2026?