Historia rodem z czasów Haruna Ar-Raszida kontra codzienność. Ślady kul na budynkach, stukot młoteczków kotlarzy na miedzianym targu i smak mięsa podkręconego baharatem. Hałas, kurz, feeria barw i ten specyficzny chaos, podlany egzotycznym, bliskowschodnim sosem bezwładu. Bagdad i jego okolice to miejsce na rozdrożu tego, czym zawsze chciało być i tego, czym musiało się stać. Być może to nowy ląd do odkrycia przez podróżników, którzy lubią zbaczać z utartych ścieżek.

Reportaż Pana Podróżnika ze stolicy Iraku.


PIĘĆDZIESIĄT OSIEM LAT

Strych domu w podwarszawskim Józefowie, w którym pomieszkuje mój przyjaciel, kryje różne niespodzianki. Jedną z nich odkryłem przypadkowo, szperając w poszukiwaniu czegoś zupełnie innego. Trzymam w dłoni egzemplarz „Kontynentów”, data wydania wskazuje na czerwiec 1966 r. Papier lekko pożółkł, ale litery wciąż są wyraźne, układają się w opowieści ze świata. Delikatnie kartkuję czasopismo, omiatam wzrokiem tekst Elżbiety Dzikowskiej. Nieopodal – opowieść o historii Bagdadu, autorstwa Edwarda Szymańskiego. Zamykam oczy, czując jak ciepła fala wspomnień przebiega przez moje ciało.

Nie, to nie są wspomnienia Bagdadu sprzed blisko sześćdziesięciu lat. To znacznie świeższe myśli, dotykające mojego wyjazdu do Iraku, z którego wróciłem kilkanaście tygodni temu. Zatapiam się w lekturze, szukam znajomych punktów, historii, wskazówek. I z całą mocą dociera do mnie to, jak bardzo Bagdad zmienił się przez pięćdziesiąt osiem lat, które minęło od tekstu Edwarda Szymańskiego w „Kontynentach”.


Lecz nie tylko przepych na dworze kalifa uczynił Bagdad najsławniejszym miastem owych czasów. Korzystne położenie, a zwłaszcza rozbudowany port, sprzyjały bujnemu rozwojowi handlu. Na bazary Bagdadu przywożono porcelanę, jedwab i piżmo z Chin, wonne korzenie, minerały i barwniki z Indii i z Archipelagu Malajskiego, rubiny, tkaniny i niewolników z tureckich krajów Centralnej Azji, miód, wosk, futra i białych niewolników z krajów słowiańskich, kość słoniową i czarnych niewolników ze Wschodniej Afryki.

Kontynenty, 6 (29) / 66

Słońce bezlitośnie operuje na niebie, termometr wskazuje 43 stopnie w cieniu. Bagdad, zwłaszcza w letnich miesiącach, nie jest miejscem dla miłośników chłodu. Siedzę na schodach, które prowadzą wprost z ulicy Al-Mutanabbiego do przystani rzecznej nad Tygrysem. Dopijam sok z granatów, muezzin z meczetu Al-Wazir nawołuje do modlitwy, a ja czuję, że za moment roztopię się, rozpadnę na miliony atomów. Szukam ukojenia w labiryncie wąskich uliczek bazaru al-Safafir, zaglądając w zakamarki zakładów miejscowych rzemieślników.

Nie ma tu niewolników – białych czy czarnych. Nie ma wosku. Jest za to szmer historii, upragniony cień i wszechobecny odgłos młoteczków, które w sprawnych rękach bagdadzkich mistrzów zmieniają miedzianą blachę w fantazyjne przedmioty codziennego użytku.

Tutaj nic się nie zmarnuje.

Tutaj nic się nie zmienia.

Tutaj nie będzie rewolucji. Ani ewolucji.

– Pracuję na al-Safafir od 35 lat. Wcześniej w tym miejscu pracował mój ojciec, a przed nim jego ojciec. Mój syn ma 14 lat. I wciąż się kłócimy, bo dla niego ważniejszy jest telefon, a nie przyuczanie do zawodu – opowiada mi Chalid, nie przerywając pracy. Światło igra w odbiciu miedzianych mis, wazonów, talerzy i rondli, które zajmują każdą wolną powierzchnię zakładu kotlarza. – Za czasów Saddama miałem sporo stałych klientów. Teraz zdarzają się dni, że nie sprzedam nawet jednego talerza czy samowara – narzeka, nalewając mi do miniaturowej czarki gorącą herbatę i częstując daktylami.

Kotlarz nie jest pierwszym ani jedynym, w którego głosie można wyczuć lekką tęsknotę za tym, co było. Za swoiście pojmowaną stabilnością, rutyną dnia codziennego bez wtrętów w postaci obcych mundurów, miasta podzielonego na strefy bezpieczeństwa i kolejnych zamieszek. Nawet jeżeli z naszego, europejskiego punktu widzenia nostalgia za krwawym dyktatorem może jawić się jako aberracja.

Chalid i bazar al-Safafir (c) panpodroznik.com
Chalid i bazar al-Safafir (c) panpodroznik.com

KORKI I FALAFELE

Miasto powstało z kaprysu jednego człowieka. Wiosną 145 r. ery muzułmańskiej (762) drugi kalif z dynastii Abbasydów, al-Mansur (Zwycięski), rozkazał swoim budowniczym rozpocząć budowę nowego miasta – stolicy, która by wspaniałością przyćmiła wszystkie istniejące grody Wschodu.

Kontynenty, 6 (29) / 66

Wszystkie ulice prowadzą na plac Tahrir. Stolica Bagdadu cierpi na taką samą chorobę jak większość dużych bliskowschodnich miast. Jest nią niedostosowanie do zdobyczy cywilizacji na dwóch, trzech, czterech kołach, zatykających wszystkie główne arterie komunikacyjne w rytm wszechobecnych klaksonów. Ruch uliczny faluje, wzbiera, otacza wszystkie place, ronda i skrzyżowania niczym wirujący derwisz. Riksze, samochody, motory. Każdy pędzi, każdy jest 5 minut za późno. Biada temu, kto nie cierpi być na bakier z punktualnością.

Konfiguracja charakterystycznych punktów Bagdadu zmieniła się przez ostatnie 20 lat jak w kalejdoskopie. Chichot historii jest tu szczególnie widoczny. Gmachy użyteczności publicznej znikają, inne budynki powstają, granice strefy bezpieczeństwa przesuwają się.

I tylko ślady po kulach, widoczne na fasadach niektórych obiektów, są niemym świadkiem tego, że proces zmian nie był prosty i bezkrwawy. Mieszkańcy stolicy Iraku nie umówią się już na placu Firdos pod kultowym dla apologetów baasizmu pomnikiem Saddama Husajna – amerykański wóz zabezpieczenia technicznego w kwietniu 2003 r. pomógł Irakijczykom zrzucić posąg dyktatora z cokołu, z wyżyn którego spoglądał na Bagdad.

Budynki w centrum Bagdadu (c) panpodroznik.com
Budynki w centrum Bagdadu (c) panpodroznik.com

Jadę rikszą w tunelu nieopodal placu Tahrir i zamiast czystych murów, które pamiętam z mojej poprzedniej wizyty, widzę swoistą galerię sztuki współczesnej. Liczne graffiti, które były formą antyrządowych protestów podczas zamieszek w 2019 r., nie zostały usunięte: przed oczami staje mi taka sama forma sprzeciwu, którą obserwowałem w okolicach palestyńskiego Betlejem na murze oddzielającym ten teren od terytorium Izraela.

Inne miejsce, lecz podobne artystyczne środki. Być może to przejaw normalności, unifikacja sposobów na bezkrwawą walkę z osobami, instytucjami i władzami, które stoją po drugiej stronie barykady?

– My do nich z farbą, oni do nas z bronią. Tak wygląda demokracja na arabską modłę. Nic z tego nie wyjdzie. Ale próbowaliśmy i będziemy próbować – z ogniem w oczach opowiada Tayeb, który zawstydza mnie perfekcyjną znajomością języka angielskiego. Poznaliśmy się, gdy zgłodniałem i zamawiałem falafela w lokalnej budce z arabskim fast foodem, raptem kilkanaście minut wcześniej, a mógłbym już opowiedzieć trzy czwarte historii jego życia.

– Moje imię oznacza, że jestem dobry, hojny i pobożny. Brzmi jak niezły żart
– Skąd taki fantastyczny poziom języka?

– Sam się nauczyłem, oglądając w internecie filmy. Wszyscy tak robią.

Tayeb podaje mi falafela, prosi o numer telefonu, za moment mam połączenie na WhatsAppie, dookoła coraz więcej zaciekawionych głów młodych Irakijczyków. Każdy chce zrobić sobie ze mną zdjęcie, każdy chce dodać mnie do kontaktów w komunikatorze. Wszyscy się uśmiechają, dominuje ciekawość a nie agresja podszyta niechęcią. Pełen folklor w lokalnym wydaniu. Jestem lekko przytłoczony intensywnością doznań.

Graffiti niedaleko placu Tahrir (c) panpodroznik.com
Graffiti niedaleko placu Tahrir (c) panpodroznik.com

ZAMACH, KSIĄŻKI, HITLER I HISTORIA

W 154 roku hidżry (771 r. n.e.) pewien hinduski podróżnik przywiózł do Bagdadu traktat astronomiczny Siddhanta, a także dzieło poświęcone matematyce. Oba dzieła zostały przetłumaczone na język arabski i odegrały olbrzymią rolę w rozwoju muzułmańskiej astronomii i matematyki.

Kontynenty, 6 (29) / 66

Udało mi się pozbyć towarzystwa Tayeba. Kilka godzin później i kilka kilometrów dalej – szum, krzyk, rwetes. Szukałem Muzeum Narodowego, a trafiłem w okolice muzeum poświęconego Kasemowi Sulejmaniemu. Kobiety przyodziane w abaje zawodzą w żałobnym staccato, schodząc swoim płaczem w coraz to niższe rejestry głosu. Brodaci mężczyźni rytmicznie skandują hasła, których znaczenia mogę się tylko domyślać, spoglądając w głąb ich twarzy. Oczy wyrażają energię, ton głosu przekazuje gniew, postawa unaocznia sprzeciw. Wszystko splecione w jeden emocjonalny węzeł.

To był ten moment, gdy uznałem, że najlepszą postawą będzie obserwacja nieuczestnicząca lub dyskretne wycofanie się. I tak właśnie zrobiłem, przemieszczając się w znane mi już wcześniej, bezpieczne okolice.

– Krzyki? To była regularna demonstracja przywiązania do idei, która łączy Irak z Iranem – wzrusza ramionami Jafar Zaid, tłumacząc mi zawiłości polityki post-saddamowej. Siedzimy w Shabandar Café, najsłynniejszej kawiarni w Bagdadzie, a może i w całym Iraku. Palimy jabłkową sziszę w budynku dawnej drukarni, delektując się dymem z fajki wodnej i zapijając całość hektolitrami herbaty. A Jafar rozwija przede mną dywan informacji o Kasemie Sulejmanim.

Dla Irakijczyków ten irański generał był symbolem lokalnej potęgi i porozumienia ponad podziałami ze swoim sąsiadem i odwiecznym rywalem. W końcu nic tak nie umacnia przyjaźni jak posiadanie wspólnego wroga. Wraz z amerykańskim atakiem rakietowym w styczniu 2020 r. na bagdadzkie lotnisko, w wyniku którego zginął nie tylko Sulejmani ale również Abu Mahdi al-Muhandis – iracki twórca szyickiej milicji Kata’ib Hezbollah, zginęła szansa na to, aby w regionie zapałano większą miłością do idei pokojowych przemian z błogosławieństwem krajów Zachodu.

A generał? Cóż, dla wielu stał się męczennikiem.

Shabandar Café, Bagdad (c) panpodroznik.com
Shabandar Café, Bagdad (c) panpodroznik.com

Szum rozmów w Shabandar Café przeplata się z siorbaniem, na zewnątrz świat zatrzymał się w upalnym bezruchu, w środku – na zdjęciach, które wiszą na ścianach. Znam historię tego miejsca, które od ponad stu lat jest azylem i punktem spotkań bagdadzkich intelektualistów, poetów, lokalnych obieżyświatów z syndromem chęci zmiany świata na lepszy. No i mam towarzysza.

Jafar zna angielski, Jafar walczył w wojnie Iraku z Iranem, Jafarowi nie zamyka się buzia. Z potoku słów, przetykanych uprzejmym mister niczym ciasto rodzynkami, wyławiam smutną historię człowieka, który właśnie teraz uśmiecha się do nas przyjaźnie, siedząc przy kasie tuż obok wejścia. To Muhammad al-Khashali, właściciel Shabandar Café, który w zamachu bombowym na jego kawiarnię, w 2007 r., stracił czterech synów i wnuka. Ofiar było znacznie więcej, kilkadziesiąt osób nie wróciło do swoich domów.

Odwzajemniam uśmiech, którym mnie obdarza, przykrywając nim zmieszanie i jednocześnie mając w głowie ogrom współczucia dla tego człowieka, z którym los zagrał w partię domina znaczonymi kamieniami. Płacę rachunek, nie chcę reszty, on nalega i wciska mi pieniądze do kieszeni. Czuję fakturę jego spracowanej dłoni, gdy dotyka mojego przedramienia. Wiem, że kiedyś na pewno tu wrócę. Muszę tu wrócić, taki jest mój imperatyw.

Bagdad: Jafar Zaid i Leyla (c) panpodroznik.com
Bagdad: Jafar Zaid i Leyla (c) panpodroznik.com

Na ulicy Al-Mutanabbiego, tuż przed Shabandar Café, dominuje jeden towar. To słynna alejka księgarzy, którzy handlują bezpośrednio na ulicy, niczym bukiniści nad Sekwaną. Przypatruję się wystawionym pozycjom. Nagle widzę coś, czego nie spodziewałem się spotkać w tym miejscu. Mein Kampf. Autor? Adolf Hitler. Konsternacja. Tuż obok – biblia hunwejbinów z okresu rewolucji kulturalnej w Chinach, czyli słynne Cytaty z Przewodniczącego Mao. Próbuję wejść w interakcję ze sprzedawcą.

– Dlaczego sprzedajesz książkę Adolfa Hitlera i Mao Zedonga?
– Dlaczego? Przecież to takie same książki, jak każde inne. My, w Iraku, czytamy od zawsze różne rzeczy. A odnośnie Hitlera, mam różne pamiątki, chcesz zobaczyć?

…i wyciąga segregator, a w nim pocztówki z okupowanej Polski, z przyklejonymi znaczkami, na których jest Adolf Hitler. Zaglądam na pieczątkę poczty, widzę datę 17 sierpnia 1942 roku, pytam o cenę takiej kartki. – 1500 dinarów, przyjacielu – słyszę od sprzedawcy. To równowartość 4,50 zł.

Mam w dłoni telefon, robię kilka zdjęć, wciąż ciężko mi jest uwierzyć, że te pozycje książkowe są ot tak, dostępne na irackiej ulicy, w otoczeniu Kodu da Vinci Dana Browna i dziesiątek innych dzieł spod znaku beletrystyki.

Mein Kampf i pamiątki po Adolfie Hitlerze w Bagdadzie (c) panpodroznik.com
Mein Kampf i pamiątki po Adolfie Hitlerze w Bagdadzie (c) panpodroznik.com

BAGDADZKA MODA, OSZUST I ABU GHRAIB

Różnorodne sprawozdania o dochodzie państwowym, które dochowały się do naszych czasów, mówią o bogactwie kalifów abbasydzkich. Za Haruna ar-Raszida do jego kasy w Bagdadzie wpływało około 340 milionów dirhemów rocznie (ok. 120 milionów dolarów) oprócz podatków w naturze. Nic więc dziwnego, że jedna z żon kalifa Haruna ar-Raszida, Zubajda, wprowadziła do mody damskiej zwyczaj ozdabiania obuwia drogimi kamieniami.

Kontynenty, 6 (29) / 66

Nic się nie zmieniło w tym zakresie. Nie tylko od czasu zacytowanego artykułu Edwarda Szymańskiego w „Kontynentach”, sprzed 58 lat – ale i od czasów żony kalifa, Zubajdy bint Dżaraf, 1300 lat temu. Większość kobiet w Bagdadzie okryta jest abajami od stóp do głów, lecz gdy uważny wzrok padnie na poziom gruntu i przyjrzy się stopom, widać misternie haftowane buty, ozdoby niekiedy wyglądające jak małe dzieła sztuki. Nakaz skromnego stroju, który ma nie kusić mężczyzn, jest interpretowany w sposób dosłowny. Nie oznacza to, że przy pewnej dozie wysiłku nie jest możliwy indywidualny sznyt, który niekoniecznie wpisuje się we wspomnianą skromność.

Daleki jestem od uznania, że czerwone, duże, wielokątne minerały, które zdobią górną część obuwia kobiety siedzącej niedaleko mnie, są rubinami lub innymi drogocennymi precjozami. Prawdopodobnie to zwykłe świecidełka, mające tyle wspólnego z kamieniem szlachetnym, co łyszczyk ze złotem. Ale zamykam oczy i wyobrażam sobie czasy, kiedy w Bagdadzie nawet kobiece buty były przyozdabiane drogimi kamieniami.

Tymczasem schodzę na ziemię, odbierając mezze i zabierając się za jedzenie. Stolica Iraku pachnie przyprawami, talerze w Bagdadzie pełne są baraniny, bakłażanów, strączków. Głowa podpowiada, palce sięgają po humus, tabbouleh, baba ghanoush. Proste rzeczy, które potrafią sprawić przyjemność. Wszystko jest smaczne, świeże, tanie.

Bagdadzki street food (c) panpodroznik.com
Bagdadzki street food (c) panpodroznik.com

Dla 70-80 proc. kierowców, którzy świadczą pasażerskie usługi przewozowe, jesteś po prostu bankomatem. Facetem, którego można spróbować orżnąć. Gościem, którego warto oszukać. Masz literki ATM na czole, a twoje zielone papierki w kieszeni i/lub zera na karcie kredytowej zapewne ciążą niczym balast na jachcie, więc muszą zmienić właściciela.

Trafiłem na mistrza w tej grze. Kurs z hotelu w Bagdadzie w pobliże mostu w centrum miasta. Zamówiony przez aplikację Careem, czyli bezpiecznie. Szacowany czas przejazdu? 15 minut. Szacowana kwota? Około 2500 dinarów, czyli mniej więcej 6,50 zł. Kierowca jest miły, jego angielski jest na poziomie bardzo podstawowym, dopytuje się o to, co już widziałem w Iraku. Wyciąga zdjęcie swojej rodziny, wciąż mówi „Bolanda OK, Lewandowski OK”, narzeka na Stany Zjednoczone („USA not OK”), uśmiecha się tak, jakby aplikował do reklamy pasty wybielającej zęby w lokalnej telewizji.

Wysiadam z samochodu przy Moście Męczenników, uśmiecham się do kierowcy, on uśmiecha się do mnie. Zgarniam z siedzenia mój mały plecak, sprawdzam czy nic nie zostawiłem, mówię szukran, on do mnie habibi, jest miło, ciepło, zapada zmierzch. Idę do meczetu Qamariya, jednego z najstarszych w Bagdadzie. Spędzam tam godzinę, przemieszczam się na spotkanie z irackim znajomym w jednej z restauracji nad brzegiem rzeki Tygrys. Zamawiamy jagnięcinę, rozmawiamy o kulturze Iraku, nagle cyk!, bipnięcie komórki – przychodzi podsumowanie przejazdu. Hmm, dopiero teraz?

Okolice Mostu Męczenników (c) panpodroznik.com
Okolice Mostu Męczenników (c) panpodroznik.com

Zamiast 2500 dinarów, aplikacja pokazuje 33 318 dinarów, które zostało pobrane z mojego konta. Dokładnie 13 razy więcej. Z aplikacji dowiedziałem się również, że mój kurs zakończył się… 10 minut temu, trwał 178 minut, a przemierzony dystans to, bagatela, 71 kilometrów. Co zrobił rezolutny iracki filut? Otóż nie zakończył przejazdu, nie odklikał tego w aplikacji, maskując całość sytuacji zagadywaniem mnie przy wysiadaniu oraz uśmiechem, który wziąłem za przyjazny.

Dokładne sprawdzenie mapy przejazdu pokazało, że gdy tylko wysiadłem z auta, kierowca przejechał dwa kółka wokół całego Bagdadu, robiąc swoisty tour de naiwny klient, po czym skierował się do miejscowości położonej kilkadziesiąt kilometrów za miastem. Ot, wycieczka na koszt podróżnika z Bolandy. Zamiast 6,50 zł, kurs za blisko 100 zł. I nie o kwotę tutaj chodzi, a o procent, o skalę. 13 razy więcej.

Szybki mail wysłany do obsługi klienta oraz przesłanie zdjęć potwierdzających fakt, że w trakcie rzekomego przejazdu siedziałem nad brzegiem Tygrysu w Bagdadzie – i jeszcze szybsza odpowiedź: mailowe przeprosiny, obietnica przeprowadzenia rozmowy dyscyplinującej z kierowcą oraz zwrot niesłusznie pobranej kwoty w formie kredytów na przyszłe przejazdy.


Zaglądam do aplikacji. Sprawdzam imię i nazwisko kierowcy. Dhurgham Talib. A gdzie zakończył kurs? Przed więzieniem Abu Ghraib, kilkadziesiąt kilometrów od Bagdadu. Tak, tym samym więzieniem, w którym amerykańscy żołnierze maltretowali, torturowali, upokarzali więźniów irackich, robiąc przy tym upodlające zdjęcia…

Talib w Iraku zawiózł białego faceta do więzienia w Abu Ghraib”. Gdyby taka fraza padła w jakimś filmie, uznałbym, że scenarzysta popłynął zbyt mocno.

Zakamarki stolicy Iraku (c) panpodroznik.com
Zakamarki stolicy Iraku (c) panpodroznik.com

LOS I KOLOS

– Miał pecha. Wszyscy to mocno przeżyliśmy. Taki uprzejmy człowiek. Dużo pytał, ale często po prostu milczał, przyglądał się – dym z papierosa Qasima wędruje pod sam sufit, tworząc białoszare kółka, rozbiegające się pod sklepieniem jak stado mrówek. Powietrze jest lepkie, z klimatyzatora cieknie strumień wody. Otacza nas półmrok, tak bardzo kontrastujący z rozbuchanym życiem, światłem i plastycznymi, kolorowymi plamami centrum Bagdadu, widocznym przez ramę okienną niczym w obrazie Khalida Al-Jadera.

Qasim wie, o czym mówi. Pracował z Waldkiem jako tłumacz, czas nie stępił jego wspomnień. Idę śladem tych słów, dwa dni później wyjeżdżam z Bagdadu. Tropię cień przeszłości.


20 lat temu Waldemar Milewicz był moim dziennikarskim idolem. Kolosem. Guru w skórzanej kurtce. Facetem, który jawił mi się jako najostrzejsza kredka w piórniku korespondentów wojennych. Człowiek, którego słowa nie zawsze miały tylko i wyłącznie ostre krawędzie. Oczytany, zdecydowany, zerojedynkowy gdy była taka potrzeba. Umiejący odcinać niepotrzebne znajomości, toksyczne relacje. Samotny wilk, na zewnątrz twardy, w środku miękki jak pomarańcza po obraniu skórki.

Lista jego relacji i krajów, gdzie pakował się w kłopoty, wychodził obronną ręką, nadawał relacje, była niczym tekturowa teczka z dziurką, przez którą przenizana jest ruda wstążka i karteczka z adnotacją: uważaj, bracie. Kosowo, Abchazja, Afganistan, Bośnia, Palestyna, Etiopia, Czeczenia, Rwanda, Indie, Gruzja…

No i Irak, z którego relacjonował II wojnę w Zatoce Perskiej. W swoim charakterystycznym stylu, który ktoś skwitował lapidarnym: „Waldek Milewicz z przemarszu wiewiórek jest w stanie zrobić trzecią wojnę światową”. Czysty turbo-kozak, który kulom się nie kłaniał? Wiem, co było pod spodem. Wiem, jakim kosztem to wszystko się odbywało. Wiem, jakimi banknotami, na których zamiast królów Polski figurują słowa „życie rodzinne”, „ryzyko”, „zmęczenie”, „strach” Waldek musiał opłacać się codzienności i losowi. Dla niego najważniejsi byli prości, zwykli ludzie. W nich widział klucz do zrozumienia.

Bezpieczeństwo w Iraku (c) panpodroznik.com
Bezpieczeństwo w Iraku (c) panpodroznik.com

To właśnie chęć wywiadów i rozmów ze zwykłymi, prostymi ludźmi, zaprowadziła go na drogę z Bagdadu do Karbali i Nadżafu 7 maja 2004 roku.

To właśnie zwykli, prości (przed wojną) ludzie go zabili, gdy samochód z Waldkiem, Mounirem Bouamrane i Jurkiem Ernstem został ostrzelany z broni maszynowej podczas przejazdu przez Al-Latifijję, małą wioskę pośrodku niczego w Iraku. Waldek i Mounir spotkali tutaj śmierć, Jurek – został ranny.


I to właśnie w tym miejscu, w Al-Latifijji – stoję teraz w ciemnościach, rozświetlanych smugami światła z mijających mnie samochodów. I płaczę, połykam pośpiesznie łzy, aby moi współtowarzysze, którzy czekają w wynajętym GMC z kierowcą nie widzieli, ile kosztuje mnie ten moment. Zboczyliśmy z wcześniej ustalonej marszruty, kierowca nie rozumiał, dlaczego chcę zatrzymać się w tej okolicy. Dla niego to pustka. Dla mnie – miejsce, które jest pustką wypełnioną historią. O nietuzinkowym człowieku.

Wracam do samochodu. Milczę. Kilka godzin wcześniej, w meczecie Masjid e Sahla w Al-Kufa, rozmawiałem z imamem z Londynu, Salahem Billahem. O życiu, o tym, co ważne, o przemijaniu, o pamięci. Rozmowa rezonuje mi w głowie, a niewypowiedziane słowa skaczą niczym kula w maszynie losującej.

Ulica w Bagdadzie (c) panpodroznik.com
Ulica w Bagdadzie (c) panpodroznik.com

Nie wracam do Bagdadu, obierając za cel Basrę. Pod powiekami skrzą się rozbłyski z ulic stolicy Iraku. Na podniebieniu wciąż czuję smak jagnięciny z restauracji niedaleko parku Abu Nuwas, a w pamięci mam widok tabliczek zapisanych pismem klinowym z Uruk, datowanych na 3500 lat p.n.e., które można zobaczyć w Muzeum Narodowym.

W „Kontynentach” z 1966 roku, Edward Szymański zakończył swój artykuł słowami:

Od tej pory Bagdad rozwijał się głównie na wschodnim brzegu Tygrysu, aż do czasu kiedy w 1258 r. Mongołowie pod wodzą Hulagu zniszczyli nie tylko to wspaniałe miasto, ale i całą Mezopotamię.

Oby Bagdad nie trafił na kolejnego Hulagu-chana. Nie zasługuje na to.


Banner Przydatne Strony (c) panpodroznik.com
  • książka Pawła Smoleńskiego „Irak. Piekło w raju” → TUTAJ
  • film Kimberly Peirce „Stop Loss” → TUTAJ

Reportaż został również opublikowany w druku, na łamach Kontynenty (43. numer) pod tytułem „Bagdad. Nic się nie zmieniło?”

Magazyn Kontynenty okładka (c) panpodroznik.com

Komentowanie jest wyłączone.