Mawiają, że trudno o bardziej „polski” kraj podczas wakacyjnych wojaży. Twierdzą, że na uliczkach małych miasteczek w okolicy Makarskiej, Splitu czy Trogiru łatwiej usłyszeć naszą rodzimą mowę niż dźwięczne słowa pobratymców Janicy Kostelić czy Blanki Vlašić. Śmieją się, że widok rejestracji z polską flagą na kempingu to standard i jednocześnie gwarancja imprezy, a sama Chorwacja to tylko plaże, słońce i beztroski wypoczynek.
Żaden z powyższych stereotypów nie jest prawdą. W upalny letni weekend jadę do Chorwacji, pociągiem z Polski. Przeglądam swój plan aktywności outdoorowych na najbliższe dni: rafting, canyoning, zipline, rowery górskie, kitesurfing, elementy wspinaczkowe. Niemożliwe? Ależ skąd!
– Barack Obama? Popatrz, to nasze wspólne zdjęcie. Chodziłem z nim do szkoły w Honolulu, on jest rok starszy ode mnie – tak mówi mi Hugh, Amerykanin, z którym poznałem się chwilę temu w pociągu. Spędzimy wspólnie, w jednym przedziale, kilkanaście godzin. Nie, to nie ten słynny „nowy” pociąg, IC Adriatic Express, łączący w tym sezonie bezpośrednio Warszawę i Rijekę. Z rozmysłem postawiłem na nieco inne rozwiązanie, przesiadając się w Wiedniu i wybierając wygodny dwuosobowy przedział sypialny, w którym dojadę dalej na południe, aż do Splitu.
Hugh nie konfabuluje, za moment pokazuje mi na swoim Macbooku kolejne szkolne zdjęcia, na których były prezydent Stanów Zjednoczonych pozuje ze śmieszną miną, dwa rzędy od mojego współtowarzysza podróży. Wymieniamy się kontaktami, zaproszenie wisi w powietrzu (– Musisz odwiedzić mnie na Hawajach), zamykam oczy i dziękuję opatrzności za pomysł, aby do Chorwacji wybrać się pociągiem, a nie samolotem. Czy w samolocie, podczas krótkiego, dwugodzinnego lotu miałbym okazję na taką interakcję, taką rozmowę, takie wspomnienia?
Za oknem noc, kilometry mijają w rytm stukotu kół pociągu po podkładach kolejowych, po korytarzu kręci się ekipa motocyklistów z Grazu (–Zawsze wybieramy pociąg, motory ładują na lorę, wyładowują w Splicie, a my się wysypiamy i ruszamy w drogę). Lena z Brna zagaduje konduktora, prosząc o wodę mineralną. Jej rower bezpiecznie czeka na stację końcową, przygotowany do blisko trzytygodniowej bałkańskiej eskapady. – To najlepszy środek transportu. Gdybym chciała przewieźć rower samolotem, sumarycznie zapłaciłabym blisko trzy razy więcej – tłumaczy mi Czeszka.
Zaczynam rozumieć, dlaczego w dobie tanich połączeń lotniczych (tylko na trasie Polska-Chorwacja w ubiegłym sezonie letnim realizowano kilkadziesiąt rejsów tygodniowo) pociąg wciąż jest popularnym środkiem transportu na adriatyckie plaże. I jestem przekonany, że miejsca w przedziałach z Warszawy do Rijeki nie będą puste, a samo połączenie nie zniknie z rozkładu.

Widoki urywają głowę. Leżę na swoim łóżku, wsłuchując się w odgłosy porannej codzienności pociągowej. Ktoś wraca z toalety, starszy mężczyzna w kraciastej pidżamie rozciąga się. Przed drzwiami do mojego przedziału nastolatek świeci szczoteczką do zębów, która wygląda niczym cienka cygaretka. Słychać stukot wózka obsługi rozwożącej śniadanie zawarte w cenie biletu. Jest swojsko i beztrosko.
Słońce wesoło zagląda do przedziału, za oknem migocze miks zieleni i błękitu morza, płynnie przechodzącego w bezchmurne niebo. Niewiarygodny widok, zachęcający do naciśnięcia hamulca bezpieczeństwa i wyskoczenia z pociągu już tutaj, teraz!
Do Splitu jeszcze dwie godziny drogi – informuje konduktor. Jestem wypoczęty, spałem jak dziecko, mimo chrapania Hugha…
Wysypujemy się z pociągu, niczym koraliki z urwanej bransoletki. Motocykliści zabierają swoje maszyny z odkrytego wagonu towarowego. Plecakowicze, tacy jak ja, zabierają swoje tobołki, wraz z resztkami snu na nieprzetartych powiekach. Do najbliższej plaży (Bačvice) w linii prostej jest ze 300 metrów. Do słynnego Pałacu Dioklecjana i promenady Riva – 700 metrów, czyli kilka minut marszu.
Nieprawdopodobna lokalizacja. Wysiadasz, bracie, z pociągu… i wpadasz wprost w sam środek dalmatyńskiego raju. Bez taryfy ulgowej i tłumaczenia, że nie możesz iść na plażę, bo jesteś zmęczony po kilkunastu godzinach jazdy.
Nie znaczy jednak, że to właśnie Split musi być główną bazą twojego pobytu.

– Równo! Równym tempem! Obserwuj wodę i jaz, który jest przed nami! – krzyczy do mnie Ivana, puszczając jednocześnie oko i sterując naszym pontonem. Rafting na rzece Cetina to przyjemny kontrapunkt nie tylko dla tych, którzy w okolicy Omiša realizują swój wakacyjny plan urlopowy. Woda rozbryzguje się na wiosłach, wiatr dokazuje, więc próbuję utrzymać równowagę, rozglądając się dookoła. Trasa nie jest wybitnie trudna, bystrza nie nastręczają większych problemów – ale górska rzeka to żywioł, który może zaskoczyć nieprzewidywalnością.
Kilkanaście minut później – i kilka meandrów Cetiny dalej – robimy mały postój. Cel? Prosty i przyjemny, zwłaszcza w ten upalny dzień. Wdrapuję się na kilkumetrowy klif, chwila zastanowienia… i pach, sus do wody, skacząc wprost między inne pontony i uczestników spływu. Śmiech, mała adrenalina, ulga, którą daje zimna woda. Czysta przyjemność.
– W sezonie płynę dwa razy dziennie z turystami, całą trasą. Kocham to miejsce, mogłam wyprowadzić się do Portugalii, ale tam nie mają rzeki Cetiny – śmieje się Ivana, gdy powoli kończymy kilkugodzinny rafting. Oddaję piankę i kamizelkę ratunkową, wyciskam resztki wody z włosów i obserwuję innych turystów, którzy powtarzają dokładnie ten sam rytuał. Za moment przyjedzie po nas mikrobus, który kursuje na trasie do Omiša. Wszystko jest przygotowane. Wszystko wygląda na przemyślane. Wszystko jest bezpieczne.
Witaj w świecie zorganizowanych przyjemności. Ale tutaj, na Cetinie, trudno o alternatywę.

Żywioł wody okiełznany? Czas na powietrze. Poprawiam kask i kamerkę, zerkając na kanion nieopodal Omiša, który jest blisko 150 metrów pode mną. Uprząż wpija mi się w uda, dając poczucie bezpieczeństwa. Czekam na sygnał instruktora, który jest ze mną na całej trasie zjazdów tyrolką. Zjazdów a nie zjazdu: trasa składa się z ośmiu lin, całkowita długość to ponad dwa kilometry.
W głowie huczy mi szybkie „naj”, dotyczące tej chorwackiej atrakcji – największa prędkość przejazdowa to 65 km/h, najdłuższa lina liczy sobie 700 m, najwyższy przejazd realizowany jest 150 m nad powierzchnią ziemi. Kilka lat temu, w emiracie Ras al-Chajma miałem okazję zjeżdżać na najdłuższej tyrolce świata, wpisanej do Księgi rekordów Guinnessa. Tutaj jest inaczej, krócej, wolniej, ale frajda zbliżona. Tym bardziej, ze zamiast surowego krajobrazu pasma górskiego al-Hadżar, przed moimi oczami pyszni się dalmatyńska zieleń, schodząca kaskadowo z gór i kąpiąca się w kanionie.
– Gotowy? 3,2,1, jazda! – i chwilę później lecę, przypięty do stalowej liny, w towarzystwie szumu wiatru. Hamowanie, przykurcz nóg, wypięcie się, szybki spacer kamienistą ścieżką do kolejnego stanowiska. Powtórz. Lecę, podziwiam, hamowanie, wypięcie się.
Powtarzalność bywa przyjemnością. Tutaj w wersji x8. Cena? 80 euro za trzygodzinną zabawę na całej trasie. Zdecydowanie warto.

– Być w Chorwacji tylko na lądzie, to jak zobaczyć Paryż tylko z poziomu wieży Eiffla. Można, ale dużo tracimy – opowiada mi Ante Trutanić, dyrektor Wspólnoty Turystycznej Gminy Bol.
Siedzimy nieopodal jednej z najsłynniejszych plaż świata, czyli Zlatni Rat, znajdującej się po południowej stronie wyspy Brač. Dopłynąłem tutaj promem ze Splitu, nie przejmując się tym, że podróż po Chorwacji realizuję bez potrzeby posiadania samochodu.
Przy sensownym planowaniu pobytu, samochód nie jest w ogóle tu potrzebny.

Okolice Bol to mekka dla windsurferów i kitesurferów – przymierzam więc sprzęt na Plaža Borak i słucham rad szefa Big Blue Sport, który zjadł zęby na tego typu aktywności fizycznej.
– Uważaj na podmuchy wiatru, potrafią unieść mocno do góry i szarpnąć jak cholera – doradza, a słowa płynące z jego ust i uśmiech zachęty są obietnicą niezłej przygody.
Dwie godziny później masuję obolałe ramiona, zmęczony, ale usatysfakcjonowany. Słońce chowa się za horyzontem, dopytuję się o sens życia na wyspie, w tym miejscu, z dominującą wodą i przyrodą. – Ljubav je slijepa (miłość jest ślepa – przyp. aut.) – mruży oczy szef tego biznesu. Śmieje się, zostawiając mnie na plaży, z niedopitym Karlovačko i niedopowiedzianą kwestią, czy ta miłość to uczucie do miejsca, czy do osoby.

Ależ widok! Pejzaż niczym idealna pocztówka z wakacji. Wyspa Hvar pyszni się na horyzoncie. Niebo jest nieprzyzwoicie błękitne a ja nieprzyzwoicie zadowolony. Dotarłem tu, pedałując w dalmatyńskim słońcu pod górę, skraplając ramę roweru potem płynącym wprost z twarzy. Pod moimi stopami rozciąga się niczym niezmącona przestrzeń, kilkaset metrów przewyższenia i malutki sierp, którym jest wspomniana już plaża Zlatni Rat – tym razem oglądana przeze mnie z najwyższego szczytu wysp Adriatyku.
Vidova Gora wznosi się na wysokość 778 m n.p.m. – na pozór to niewiele. Pozory mylą. Startując z poziomu morza, w pełnym słońcu, na rowerze, wystarczająco odczuwam zmęczenie zmieszane z satysfakcją. Część z podjazdów potrafi dać nieźle w kość, dając wykazać się wspomaganiu pracą ludzkich mięśni, jeżeli zdecydowaliście się wypożyczyć rower elektryczny zamiast klasycznego.
Tak właśnie zrobiłem. I użyłem w niektórych miejscach wspomagania silnikiem, absolutnie tego nie żałując. Nie ujęło to nic z przyjemności przejechania całej trasy, która w formie pętli Bol – Vidova Gora – Bol oznacza ponad 50 kilometrów czystej przyjemności.

Chorwację można smakować na wiele sposobów. Plaża i słońce to tylko opcja, a nie jedyne rozwiązanie zagadki pod tytułem: „Co robić na urlopie nad Adriatykiem?”. Jak widać, w zakresie transportu również mamy bogactwo możliwości, niekoniecznie oparte na podróży samolotem lub wielogodzinnej trasie prowadzącej przez drogi Polski, Czech, Austria i Słowenii (lub Węgier).
Warto o tym pamiętać, planując swoje wakacyjne wojaże.

Reportaż „Chorwackie przygody outdoorowe. Nie tylko pociąg i plaża” ukazał się również w 31. Outdoor Magazyn.

Comments are closed.