12 osób nie żyje. Co najmniej 10 kolejnych zostało ciężko rannych. Polski autokar, pielgrzymi wracający z Medjugorie, noc, węgierska autostrada M3. Historia, która jest dziwnie znajoma. Historia, którą przeżywamy z przerażającą regularnością, ostatnio dwa lata temu pod Zagrzebiem.
Na usta ciśnie się pytanie: czy to tylko błąd ludzki? Jak mogło do tego dojść? I czy istnieje typ usługi turystycznej lub charakter planowanego wyjazdu, który powinien wzbudzić w nas ewentualny niepokój jeszcze przed rozpoczęciem podróży?
Felieton Pana Podróżnika.
16 sierpnia, niedziela, zegarek wskazuje 22.30. Niecała doba od węgierskiej katastrofy w ruchu lądowym, w której głównym bohaterem był polski autokar i nasi rodacy, pielgrzymi. Przed momentem skończyłem wywiad live, którego udzieliłem na antenie TVP Info, rozmawiając z redaktorem Ernestem Zozuniem. Kamery gasną, realizatorzy odpinają mój mikrofon, makijaż telewizyjny za moment będzie zmyty. Ale z głowy trudno jest zmyć obrazki z ostatnich godzin.
Nie znamy jeszcze wszystkich odpowiedzi. I dobrze, żebyśmy ich na tym etapie nie dopowiadali. Węgierskie służby badają okoliczności tragedii, a pojawiająca się w pierwszych doniesieniach hipoteza o zaśnięciu kierowcy pozostaje na ten moment hipotezą. – Policja wszczęła postępowanie przeciwko kierowcy polskiego autokaru – potwierdził Rudolf Varga, rzecznik policji węgierskiego regionu Borsod-Abauj-Zemplén. Za moment będą zeznania, dokumentacja techniczna, monitoring, dane z tachografu cyfrowego i cały materiał śledczy.
W mediach szum informacyjny, relacje ocalałych, porady ekspertów. Jak bumerang wraca temat zmęczenia kierowców na długich – nocnych – trasach oraz kwestia zapinania pasów podczas jazdy. Zastępca Głównego Inspektora Transportu Drogowego opowiada, że ostatnio, gdy jechał autokarem (wyjazd z rodziną, Albania) jedynymi osobami, które zapięły pasy, był on, jego żona i bodajże wnuczka.
Ale jest coś, o czym możemy mówić już teraz.
O prewencji.
Bo bezpieczeństwo podróży autokarem nie zaczyna się w chwili, gdy kierowca przekręca kluczyk. Zaczyna się znacznie wcześniej. Czasem kilka dni, czasem kilka tygodni przed wyjazdem. I właśnie dlatego ta tragedia powinna być dla turystów z Polski czymś więcej niż tylko kolejnym dramatycznym newsem, sensacją dnia.

Medjugorie. Znowu!
Wiecie, jest w tej historii coś szczególnie przejmującego. Wypadek na Węgrzech nie jest bowiem pierwszą tragiczną historią z polskim autokarem i pielgrzymami jadącymi do lub wracającymi z Medjugorie.
1 lipca 2002 roku w Balatonszentgyörgy na Węgrzech autokar wiozący 51 pielgrzymów do Medjugorie przewrócił się na rondzie. Zginęło 20 osób, 31 zostało rannych.
W czerwcu 2007 roku na Węgrzech doszło do kolejnego wypadku polskiego autokaru z pielgrzymami wracającymi z Medjugorie. Jedna osoba zginęła, 28 zostało rannych.
6 sierpnia 2022 roku, Chorwacja. Polski autokar jadący do Medjugorie zjechał z autostrady A4. Zginęło 12 osób, 32 zostały ranne.
A teraz Węgry. Kolejne 12 ofiar.
Paskudna statystyka. Równanie, w którym słowa „autokar”, „pielgrzymka” i „Medjugorie” pojawia się stanowczo za często. Ale czy to oznacza, że pielgrzymki są z definicji bardziej niebezpieczne niż inne wyjazdy autokarowe Nie. I z takim stanowczym i jednoznacznym wnioskiem należy bardzo uważać. Tyle, że pewne fakty mogą powodować pytania, na które być może warto poszukać odpowiedzi.
Nie mam podstaw, aby stawiać tezę, że sama religijna forma podróży powoduje większe ryzyko wypadku. To byłoby nadużycie. Mam natomiast wewnętrzne przekonanie dotyczące czegoś innego. To powtarzający się, bardzo wyraźny wzorzec tragicznych zdarzeń na długich trasach autokarowych, w których uczestniczą polscy pielgrzymi lub turyści.
I tego wzorca ignorować po prostu nie wypada. Zwłaszcza, że lista poważnych wypadków polskich autokarów za granicą jest znacznie dłuższa. Sięgam do danych statystycznych. W 2007 roku we Francji zginęło 26 pielgrzymów jadących autokarem w Alpach. W 2014 roku pod Dreznem w katastrofie polskiego autokaru zginęło 11 osób. W 2010 roku pod Berlinem życie straciło 14 pasażerów polskiego autobusu. A to tylko fragment tej smutnej listy.
To nie jest zatem problem jednego kierunku. Ani jednego przewoźnika. Ani jednej grupy (chociaż tutaj, przy tym fragmencie, nieco prosi się o wstawienie na klawiaturze znaku gwiazdki, asteriska z wyjaśnieniem). Moim zdaniem to problem bezpieczeństwa zorganizowanej turystyki autokarowej. Oraz pewna charakterystyka tych wyjazdów, która powoduje, że ostrze naszej uwagi jest nieco stępione.

W drogę? Autokar nie jest „po prostu autokarem”
Podróżuję bardzo dużo i bardzo często. Nie tylko drogą lotniczą, na pokładzie samolotów różnych przewoźników. Równie często korzystam z osobowego transportu kolejowego (pociągi) czy kołowego (autokary). I mam wrażenie, że duża grupa osób wciąż popełnia jeden bardzo podstawowy błąd.
W czym rzecz? Cóż, kiedy kupujemy bilet lotniczy (wybaczcie generalizowanie), potrafimy dokładnie sprawdzić linię lotniczą, samolot, lotnisko, połączenie, opinie. Kiedy rezerwujemy hotel lub apartament „na Bookingu” – czytamy dziesiątki komentarzy, na ich podstawie podejmujemy decyzję. Gdy wybieramy restaurację – analizujemy zdjęcia jedzenia lub wręcz potrafimy stanąć w kilometrowej kolejce do kebaba, motywując to opinią influencerów takich jak Książulo.
A kiedy ktoś mówi: „Hej, kuzynie, jedziemy autokarem na pielgrzymkę. Kosztuje tyle i tyle, organizuje to nasza parafia, zbiórka we wtorek o 21.00” – zadziwiająco często pytania się kończą.
Parafia. Ughm, serio? Zatem od razu: kto tak naprawdę organizuje wyjazd? Czy jest legalnym organizatorem turystyki? Kto odpowiada za realizację imprezy? Jaki przewoźnik będzie jechał? Czy autokar jest sprawny? Czy kierowcy mają zapewniony odpowiedni odpoczynek? Czy ktoś formalnie odpowiada za organizację całego przedsięwzięcia?
W mediach głównego nurtu często powtarzam: podróżowanie z poziomu „elitarne” stało się egalitarne. Zatem to nie są pytania „czepialskiego turysty”. To są pytania odpowiedzialnego turysty.

Wyjazdowe abecadło
Proponuję zacząć od najprostszej rzeczy. Jeżeli kupujemy zorganizowaną imprezę turystyczną, sprawdźmy, kto ją organizuje.
Naprawdę, to nie jest skomplikowane zadanie, wymagające zaawansowanych umiejętności informatycznych. Całość zajmuje kilka minut. Ministerstwo Sportu i Turystyki udostępnia Centralną Ewidencję Organizatorów Turystyki i Przedsiębiorców Ułatwiających Nabywanie Powiązanych Usług Turystycznych – CEOTiPUNPUT. Całość ewidencji prowadzi Ubezpieczeniowy Fundusz Gwarancyjny. Można w niej sprawdzić m.in. nazwę przedsiębiorcy, NIP, numer wpisu i status działalności.
Link do tego zbioru: → tutaj
Dochodzę powoli do tematu, który w turystyce wraca jak bumerang: szarej strefy.
W 2022 roku, po katastrofie polskiego autokaru w Chorwacji, prezes Polskiej Izby Turystyki Paweł Niewiadomski mówił w obszernym wywiadzie dla serwisu Turystyka RP (przeprowadzonym przez Filipa Frydrykiewicza, link → tutaj) o szarej strefie obejmującej – jego zdaniem – co najmniej 30 procent rynku turystycznego. Wskazywał przy tym, że dużą część nielegalnej działalności stanowią organizatorzy pielgrzymek, wycieczek szkolnych, sportowych czy wyjazdów grupowych.
Smutna konstatacja, obserwując rynek „usług turystycznych” w internecie: z perspektywy czasu uważam, że prezes Niewiadomski delikatnie niedoszacował. Był ostrożnym optymistą. Chciałbym, aby szara strefa zatrzymała się na poziomie wskazanym przez prezesa Polskiej Izby Turystyki – lub zmierzała do zera. Tymczasem rynek w ostatnich miesiącach i latach zaczął przypominać czasy Dzikiego Zachodu. Wszystko wskazuje na to, że odsetek osób działających w szarej strefie (vide: „hej, organizuję wyjazdy na różne imprezy sportowe, najbliższa we wrześniu, więcej info na FB i w wiadomościach prywatnych”) jest znacznie większy.

Dla jasności: nie chodzi oczywiście o to, aby każdą parafialną pielgrzymkę traktować podejrzliwie. Nie mam również zamiaru stygmatyzować, nie chodzi o piętnowanie księży, parafii, wspólnot czy stowarzyszeń.
Chodzi o coś znacznie prostszego.
Jeżeli ktoś regularnie sprzedaje miejsca na wyjazd turystyczny, reklamuje go, pobiera pieniądze i organizuje całość przedsięwzięcia, powinien działać zgodnie z prawem.
Właśnie po to istnieją przepisy. I właśnie po to istnieją zabezpieczenia finansowe.
Szara strefa i bezpieczeństwo
Przypadek organizatora pielgrzymki do Medjugorie z 2022 roku pokazał, że brak odpowiedniego wpisu nie był czysto akademickim problemem administracyjnym. Po tragedii ustalono, że organizator, czyli firma „U Brata Józefa” działał bez wymaganego wpisu do rejestru. W 2024 roku został skazany na rok pozbawienia wolności w zawieszeniu na trzy lata.
To bardzo ważna lekcja. Legalność organizatora nie gwarantuje, że nigdy nie wydarzy się wypadek – dostępne dane pokazują, że biuro podróży, które zorganizowało wyjazd do Medjugorie, zakończony tak tragicznie kilkanaście godzin temu na węgierskiej autostradzie, działało legalnie. Ale brak takowej legalności powinien być dla klienta / pątnika / wiernego / turysty bardzo poważnym sygnałem ostrzegawczym.
A co z samym autokarem? Tutaj również nie jesteśmy bezradni. Przed planowanym wyjazdem można zwrócić się do Inspekcji Transportu Drogowego albo Policji z prośbą o kontrolę autokaru. Warto to zrobić szczególnie wtedy, gdy mamy jakiekolwiek wątpliwości dotyczące stanu technicznego pojazdu, organizacji przejazdu czy kierowców.
I jeszcze jedna rzecz, o której ciągle trzeba przypominać: pasy bezpieczeństwa.
Tak, wiem.
Autokar. Fotele. Kilku-kilkunastogodzinna podróż. Kanapka. Kawa. Rozmowy. Ktoś wstaje. Ktoś idzie do toalety. Ktoś przesiada się na chwilę. Pamiętam moje wielogodzinne „przelotki” z Polski do Paryża za przysłowiowe grosze (dzięki, Flixbus!), podróż z Oslo do Brukseli na pokładzie autokaru Eurolines, przejazd autokarem przez pustynię Takla Makan w Chinach czy wycieczkę „Europejskie stolice w 7 dni”, po której miejsce, gdzie plecy tracą swą szlachetną nazwę bolało mnie jeszcze kilka dni po powrocie do Polski.
A jednak, mimo pozornej niewygody, jednopunktowe pasy po prostu powinniśmy zapinać. Nie „jeżeli jedziemy szybko”. Nie „jeżeli siedzimy z przodu”. Nie „bo kierowca każe”.
Po prostu zapinajmy. Wypadek może wydarzyć się w miejscu, w którym zupełnie się go nie spodziewamy. W dzień, w nocy, na początku podróży czy pod jej koniec, tak jak w najświeższym, węgierskim zdarzeniu drogowym.

O kierowcach słów kilka
Warto rozmawiać o konkretach. Zatem kontaktuję się z Sebastianem Nasiłowskim, założycielem i współwłaścicielem Biura Podróży Tourist Polska, przewoźnikiem autokarowym. Sebastian jak mało kto jest w stanie spojrzeć na całość branży wieloaspektowo i rozsądnie.
– Nie jestem typowym organizatorem wyjazdów. Wiele lat temu postanowiłem posiadać własną bazę transportową. Co nakłoniło mnie do posiadania własnych autokarów? To kwestia samoodpowiedzialności i szybkości wobec działań zewnętrznych przewoźników. Po prostu, jako organizator i jednocześnie przewoźnik, jestem w stanie szybko zareagować na ewentualne nieprawidłowości – opowiada Sebastian Nasiłowski. – Pomaga mi fakt, że wraz z bratem posiadamy Certyfikaty Kompetencji Zawodowych, czyli wiedzę w zakresie funkcjonowania transportu osób. Ułożenie programu naszych imprez jest dostosowane do czasu pracy, norm i możliwości realnego i prawidłowego przewozu osób – dodaje przewoźnik i prezes Tourist Polska.
W rozmowie z Sebastianem Nasiłowskim nie mogę nie poruszyć tematu tak zwanych „nocnych przelotek”, które są kontrowersyjnym elementem składowym niektórych intensywnych wyjazdów autokarowych.
– Od 7 lat nie mamy w ofercie imprez z nocnymi przejazdami. A czy wykonujemy takie przewozy na zlecenie innych podmiotów? Bardzo rzadko: tylko w wypadku, gdy ktoś wynajmuje autokary i mocno naciska na takie nocne przejazdy. Nie lubimy tego typu usług: nie tylko my, ale również nasi kierowcy. To dla na stresujące – mówi mi właściciel biura podróży i jednocześnie przewoźnik.
Standardem dla nas jest zapewnienie wszystkich norm bezpieczeństwa. Kierowcy przed i w trakcie wykonaniem przewozu nie wypoczywają w autokarze, tylko najczęściej wynajmujemy hotel, podczas gdy grupa zajmuje się zwiedzaniem. To dodatkowe rzeczy, które ograniczają ryzyko. Pamiętajmy również, że kierowca jest tylko człowiekiem, może mieć słabszy dzień czy słabszą kondycję – i potrzebuje odpocząć. Z naszego punktu widzenia: im więcej czynników ryzyka jesteśmy w stanie wyeliminować, tym jest bezpieczniej.
Sebastian Nasiłowski, Biuro Podróży Tourist Polska, przewoźnik

Przypadki, wypadki, niebezpieczeństwo
Cieszę się, że takie słowa padły z ust poważnego gracza na tym rynku. Wszak kierowca jest częścią systemu bezpieczeństwa, a w przypadku długich tras jednym z najważniejszych elementów mogących mieć wpływ na przebieg wyjazdu.
Spójrzmy prawdzie w oczy: nie wystarczy, że kierowca ma doświadczenie. Nie wystarczy, że „jeździ od dwudziestu lat”. Zmęczenie jest fizjologią. Nie kwestią charakteru. Kierowca może być doskonałym profesjonalistą, a mimo to jego organizm po wielu godzinach pracy może zareagować inaczej, niż oczekuje od niego pracodawca czy pasażer.
Dlatego tak ważne są przepisy dotyczące czasu prowadzenia pojazdu, przerw i odpoczynku. I właśnie dlatego w każdej takiej tragedii dane z tachografu mogą być jednym z kluczowych elementów pomagających odpowiedzieć na pytanie: co wydarzyło się naprawdę?
Ale my, pasażerowie, też mamy swoją rolę.
Jeżeli widzimy niebezpieczną jazdę, brawurę, przekraczanie prędkości czy zachowania kierowcy, które budzą nasz niepokój – reagujmy.
To nie jest donosicielstwo. To nie jest „robienie problemów”. To może być zwyczajna troska o kilkadziesiąt osób siedzących w tym samym pojeździe.

Zastanawiam się nad tym, czy – bazując na obecnym stanie wiedzy i faktów dotyczących katastrofy w ruchu lądowych na węgierskiej autostradzie – można było jej zapobiec.
Wydaje mi się, że nie. Nie każdej tragedii da się zapobiec. I to jest chyba najważniejsze zdanie całego tego felietonu. Nie da się wyeliminować ryzyka z podróżowania.
Możemy dysponować sprawnym autokarem, za kółkiem mieć dobrych kierowców, w papierach – doświadczonego i legalnego organizatora, a do tego zapięte pasy i idealnie zaplanowaną trasę. Nadal pozostaje błąd człowieka, zachowanie innego uczestnika ruchu, awaria, pogoda, czy zwykły – brutalnie mówiąc – pech, karma, przypadek. Ale czym innym jest ryzyko, którego nie jesteśmy w stanie wyeliminować, a czym innym ryzyko, które możemy wcześniej ograniczyć.
Powtórzę to z całą mocą: sprawdzenie organizatora trwa kilka minut. Zapytanie o przewoźnika nie jest trudne. Prośba o kontrolę autokaru jest możliwa. Zapięcie pasa zajmuje kilka sekund. Reakcja na niebezpieczne zachowanie kierowcy również nic nas nie kosztuje.
Dlaczego więc tego nie robić? Zwłaszcza kiedy wyjazd dotyczy naszych rodziców, dziadków, dzieci albo innych bliskich.
To nie jest brak zaufania. Nazwijcie to racjonalnymi wątpliwościami, odwrotnością efektu skupienia, będącego jednym z błędów poznawczych.

Jedziemy z Bogiem, nic nam się nie stanie
Wracam do tej gwiazdki, asteriska wspomnianego na początku felietonu. Bardzo często podczas rozmów branżowych słyszę argument, z którym ciężko mi się zgodzić: „Przecież to pielgrzymka organizowana przez parafię. Znamy księdza, to fajny człowiek. Jeżdżę z nimi od lat. Wszystko jest w porządku”.
Być może. Ale zaufanie do człowieka nie zastępuje sprawdzenia systemu: mogę ufać księdzu, przewodnikowi, organizatorowi, kierowcy. Mogę mieć wspaniałe doświadczenia z poprzednich wyjazdów do Fatimy, Lourdes, Medjugorie…
…I właśnie dlatego warto sprawdzać. Nie dlatego, że zakładam najgorsze. Tylko dlatego, że nie chcę, aby najgorsze wydarzyło się kiedykolwiek.
Od rana dzwonią kolejne media głównego nurtu. Proszą o wypowiedzi, opinie, „setki” branżowe i eksperckie. Opinia publiczna wie już nieco więcej, mnożą się kolejne relacje rodzin tych spośród podróżnych, którzy nie przeżyli oraz tych, którzy byli w autokarze podczas tej feralnej nocy. Wypadek na Węgrzech jest kolejnym tragicznym przypomnieniem, że bezpieczeństwo w turystyce nie jest dodatkiem do programu pielgrzymki czy wycieczki. Jest jego absolutną podstawą.
Dlatego zanim zapytamy organizatora wycieczki lub pielgrzymki, o której będzie msza święta w Medjugorie, gdzie będzie rozważanie tajemnic różańcowych, ile kosztuje kawa po drodze i czy podczas powrotu do Polski będzie jeszcze czas na obiad, zapytajmy o rzeczy fundamentalne.
Ponownie, podrzucam niczym litanię:
- kto organizuje wyjazd?
- czy działa legalnie?
- kto jest przewoźnikiem?
- czy autokar jest sprawny?
- czy kierowcy są odpowiednio przygotowani do trasy?
- czy wszyscy pasażerowie obligatoryjnie będą mieli zapięte pasy?
To naprawdę nie jest przesadna ostrożność.
To jest prewencja.
A prewencja ma tę wyjątkową cechę, że najlepiej działa wtedy, kiedy jeszcze nic złego się nie wydarzyło.

- Centralna Ewidencja Organizatorów Turystyki i Przedsiębiorców Ułatwiających Nabywanie Powiązanych Usług Turystycznych → tutaj
- serwis Bezpieczny Autobus → tutaj
